Zimówki

No, dawno nic nie pisaliśmy. Po prostu  jakoś tak czas przebiega bardzo szybko i trudno znaleźć wolniejszą chwilkę.  A jest do opisania parę ciekawych rzeczy.

Po pierwsze, zdecydowaliśmy się dołączyć do karmy naszych koni wysłodki  buraczane.  Wspomniał o nich na swoim blogu nasz przyjaciel Jacek, zainteresował mnie ten temat  i zaczęłam  troszkę o nich czytać. Okazało się, że jest to  pasza bardzo chwalona i polecana szczególnie dla koni rajdowych.  Postanowiliśmy spróbować i zakupiliśmy jeden worek wysłodków . Nasze obawy, że konie nie będą chciały ich jeść były zbędne. Wprost rzuciły się na nowe jedzonko, zmieszane z owsem i otrębami, a w wiaderkach omalże nie porobiły dziur od wylizywania. Biedna  Yerba, ten „przywilej” należał do niej.

Po drugie, zakupiliśmy wreszcie pierwsze butki dla naszej kobyłki.  Są to Easyboot’y Epic.

Po pierwszych próbach jesteśmy zadowoleni. Trochę ciężko się tylko je zakłada, ale mamy nadzieje, że z czasem nabierzemy wprawy.

Po trzecie, wybraliśmy się w świąteczną niedzielę na wycieczkę na Śląsk. Mieliśmy w planie odwiedzić naszą rodzinkę w Gliwicach, u której już dawno nie byliśmy, a potem zawitać do naszej koleżanki Kasi do Bytomia. Kasię poznaliśmy na forum Re-volty. Pożyczyła nam buty dla konia do testowania. Jeszcze raz jej bardzo dziękujemy.   Jak wyjeżdżaliśmy rano z domu to pogoda była stabilna a drogi czarne. Jak dojeżdżaliśmy do Częstochowy zaczął padać śnieg. No a potem co zaczęło się dziać, to szkoda gadać.  Po wizycie w Gliwicach już zasypanymi drogami dojechaliśmy do Bytomia.  Kasia przedstawiła nam swoje konie, a potem poczęstowała pysznym ciastem.  W przesympatycznej atmosferze i  na pogaduszkach z nią i jej wiecznie uśmiechniętym  mężem Rafałem czas biegł szybko i nasza wizyta przeciągnęła się do godziny 18-tej.  Wreszcie z przerażeniem patrząc przez okno postanowiliśmy się zbierać w drogę powrotną.  Po drodze mieliśmy jeszcze odebrać naszą córkę z Rawy Mazowieckiej(gdy dojeżdżaliśmy do Częstochowy, w radio mówili, że nad Rawą właśnie przechodzi śnieżna zamieć). Droga była fatalna, śnieg pokrywał wszystkie drogi  i samochód jechał bardzo topornie, ciągle wpadając w śnieżne koleiny. Mijaliśmy wielu pechowców, którzy zbyt szybką jazdę przypłacili lądowaniem w rowie. .. Dobrze po 22-ej dotarliśmy do Rawy, całe miasto pokryte białym puchem i wyglądało wręcz bajkowo, strzeliliśmy nawet fotkę „wielkanocnego bałwanka”(to taka nowa tradycja).

Nie pamiętam, kiedy widziałam tyle śniegu.  Ten piękny krajobraz nie zmienił się aż do naszego domu w Wilkowie. Ledwo udało nam się podjechać pod dom. Wszystko jest pod śniegiem.

  Bardzo zmęczeni  daliśmy szybko koniom jeść i pić i na tym zakończyliśmy ten dzień pełen wrażeń.

Wczorajsza eskapada miała szansę realizacji tylko dzięki temu, że Agilka wciąż śmiga na zimówkach. Zainspirowani tym, wyciągnęliśmy koło zapasowe i… pocięliśmy oponę marki Kleber na kawałeczki, tzn. jej bieżnik i poprzyklejaliśmy do podeszew Mai butów-patent był genialny, przynajmniej do czasu, aż się ustrojstwo poodklejało. Ocalał jeden but, ten który zrobiliśmy jako pierwszy, w reszcie klej nie zdążył dobrze związać. Pierwszy raz Maja mogła towarzyszyć  Bahrainowi  w spontanicznych wyprawach, a jak na asfalcie odpaliła…!