Klikowa

Czyli Cztery Dni Apokalipsy

Dzień pierwszy, a imię jego Czwartek.

   Startując przed dwoma laty Mają w Zabajce, spotkaliśmy dziewczynę w koszulce Podziemnej Sztafety Biegowej w Bochni, Magdę (prywatnie siostrę organizatora tego biegu – Tomka) i to ona dała nam namiary na nowy produkt na rynku krajowych biegów – wyścig człowiek vs. koń,  znany obecnie jako Klikowa Endurance Race. Zeszłoroczną edycję po perturbacjach z kontuzjami i szpitalem Klaudynki (wylądowała tam w dniu planowanego wyjazd) straciłem.

   W tym roku, jako że mieliśmy startować również końmi, potraktowałem na poważnie, tak poważnie, że stało się to przyczyną „klęski”. Otóż szlifując formę na bieg, zrobiłem mocne przetarcie w  sobotę (13.07), w paskudną pogodę, pod silny, zimny wiatr. Nie mam tej odporności, którą miałem trenując regularnie i to wystarczyło, żeby przeziębić gardło. Objawy kliniczne przyszły koło wtorku, a nie chcąc brać zwolnienia, leczyłem się w pracy w… przeciągu. W czwartek wróciłem z pracy „załatwiony na amen”. Miałem dopiąć ostateczny tuning butów i pomóc Klaudynce z pakowaniem i przeglądem weterynaryjnym, jaki robi nasza vet’ka Agnieszka przed ważnymi zawodami. Nie byłem w stanie zrobić nic, położyłem się na chwilę, która zakończyła się porannym wstawaniem na wyjazd. Klaudynka borykała się sama ze wszystkim, a w dodatku Aga przyjechała bardzo późno, w efekcie czego Klaudynka poszła spać po 2.

Dzień drugi: Piątek.

   Pobudka zgodnie z planem – 3.30. Niemrawo zbieramy się, na szczęście Maja wchodzi grzecznie do przyczepy i o 5 ruszamy. Po przejechaniu zaledwie 4-ch km pierwsza przygoda w tej podróży, z pozoru błaha, a mogła skończyć się tragicznie. Otóż robiąc tzw. OC samochodu (tu: OC- obsługa codzienna) nie zatrzasnąłem klapy w Agili, a ta, przy zwiększeniu prędkości wylądowała na przedniej szybie. Na szczęście nie rozbiła jej, tylko wygięły się trochę zawiasy,  tak że teraz ciężko się zamyka i sterczą jej „skrzydełka”. Klaudynka nie miała siły nawet się bardzo wkurzyć. Pojechaliśmy dalej. Planując wyjazd, zapamiętałem bodaj trzy wersje drogi, z których wybrałem najkrótszą i najmniej uczęszczaną. Nie wziąłem tylko pod uwagę gór. Świętokrzyskich, najmniejszych z możliwych, ale zawsze gór. Nasz bus dysponuje najmniejszą jednostką napędową, niespełna 1900 cm3, bez turbiny rzecz jasna, w dodatku dobiega 300000km bez remontu i na większych górkach ma problem z przyczepą, zwłaszcza, gdy wcześniej zadziałają hamulce najazdowe. Zbliżając się, może inaczej, wspinając się w okolicę Św. Krzyża, gwałtownie zaczęła spadać mi wskazówka poziomu paliwa. Oglądałem się w lusterkach, ale żadnego śladu wycieku na jezdni nie zobaczyłem. Niemniej, zatrzymałem się w pierwszym możliwym miejscu, przy wąskiej drodze w środku wsi. Ledwo upchnęliśmy na kawałku wąskiej przestrzeni oba samochody. Obejrzałem podwozie – ani śladu wycieku paliwa. Nie mogłem tyle spalić na przestrzeni zaledwie kilku kilometrów. Zagadka rozwiązała się niebawem.  Chcemy ruszać dalej, a tu rozrusznik nawet nie zakręcił. Padł akumulator. Problem z ładowaniem alternatora miałem już wcześniej, ale wydawało mi się, że przed wyjazdem skutecznie mu zaradziłem czyszcząc wszelkie styki i dokręcając co się dało. Jednak nie. Szczęściem, że chociaż od zimy nie rozpakowałem przewodów do odpalania. Odpalamy z kabli, o dziwo kontrolka ładowania gaśnie po zwiększeni obrotów, a wskazówka paliwa wraca na swoje miejsce. Byle minąć te góry. W pewnym miejscu przejazd zakłóca remont drogi – tabliczka  informacyjna: wjazd za zgodą kierownictwa budowy. Ryzykuję, bo żadnego kierownictwa nie widać, jeśli utknę to kanał, bez wyciągnięcia konia i odpięcia przyczepy się nie obejdzie. Szczęściem daje się i teraz długi odcinek mało uczęszczanej drogi aż do…

   Radość z naprawionego ładowania nie trwa długo, po kilkunastu km objawy powracają, ale mam przynajmniej pewność, że jest paliwo. Przed wjazdem na ruchliwszą trasę zatrzymujemy się, dziewczyny idą na kawę, a ja usiłuję naprawić prądnicę, bezskutecznie zresztą, jednocześnie ładujemy akumulator kablami z Agili. Z niewielkim zapasem prądu ruszamy na ostatni odcinek drogi. 

   Wreszcie docieramy do Tarnowa. W bramie ośrodka mijamy pędzącą po zwycięstwo Izę na Debiucie. Witamy się ze znajomymi, wszyscy narzekają na masakryczną trasę. Zweryfikujemy to po odprawie.

   Wypakowujemy Maję, parkujemy samochód-bazę. Bus będzie naszą sypialnią, a wozem serwisowym Agila. Żeby mieć zapewniony cień, stajemy pod dużym dębem, jakimś egzotycznym, nie polskim, co nie będzie bez znaczenia.  Lekceważę lekko pochyłe ustawienie samochodu, przez co później lądujemy na sobie 😉

   O 17 ogarniamy przegląd, wbrew wcześniejszym obawom o frekwencję, jest sporo koni, w naszym konkursie 7.

   Po spotkaniu otwartym komisji i odprawie technicznej, postanawiamy wyruszyć na trasę – tym razem końską, nie serwisową. Orgowie wspominali, że przejechali ją dużą terenówką. Ale Agila to autko miejskie – niemniej ryzykujemy. I rzeczywiście potwierdza się to, co już słyszeliśmy od uczestników – kamienie, płyty betonowe, asfalty i niebezpieczne cegły, wyrzucane dla utwardzenia drogi. Za A4 sprawdzamy interesujące nas pobocze – w rzeczy samej, zdradliwe, z pozoru suche, ale miejscami widać dziury po koniach zapadających się po pęciny. Tutaj pojedziemy asfaltem. Z uwagi na start w butach, podłoże aż tak nas nie przeraża, ba daje atut, byle tylko buty wytrzymały. Sprawdzanie trasy trochę zajmuje i spóźniamy się z zakupami. Udaje się kupić tylko wątpliwej konduity kanapki na stacji benzynowej. Z umiarkowanym optymizmem kładziemy się spać. Otoczka wokół księżyca wróży deszcz i nie jest to czcza wróżba.

Dzień Trzeci. Sobota -Armagedon

    Po północy budzi mnie łomot… żołędzi, właściwie szypułek o dach i szum deszczu. Nie fajnie. Wstaję przed czwartą nakarmić Maję – o 6-ej start, więc trzeba dać jej czas na przetrawienie. Marzenia o wskoczeniu jeszcze pod koc nie spełniają się, czas płynie nieubłagalnie, wstaje Klaudynka i rozpoczynamy „procedury”. Oczywiście Maja nie odmówiła sobie wyflejania we własnych kupach, akurat na numerach startowych.

   Zakładamy buty, siodłamy i nim się spostrzeżemy, a już start. Do pierwszego serwisu docieram tuż przed końmi. Na drogi serwisowe też narzekano – trzeba jechać dość okrężną drogą w ruchu miejskim. Teraz ruch jeszcze mały, ale później?! Klaudynka na serwisie sygnalizuje odgięcie się blachy w tylnym bucie – biegnę po narzędzia i doginam ją, może wytrzyma.

   Jesteśmy umówieni, że na 15km pętli ja serwisuję na crew poincie, a Niki na bramce, przez którą trasa żółta przebiega. Jednak ze względu na blachę zjeżdżam na bramkę. Tutaj jest OK. Wracam na serwis, gdy mijają mnie prowadzące konie, dzwoni telefon. Paski butów przecięła blacha bądź ostre kamienie. Do serwisu mają relatywnie blisko, a ja mam w samochodzie komplet nowych butów. Chwytam parę i pędzę naprzeciw. Pędzę, to za dużo powiedziane, mocno odczuwam skutki przeziębienia, po kilometrze, gdzie się spotykamy, spocony jestem jak mysz. Szybko nakładamy epiki i dziewczyny jadą dalej. W zamieszaniu zostawiam na serwisie wiadro (ktoś je zaraz „przytulił”). Wracamy, bo Niki pojechała teraz ze mną, na bramkę. Pierwsze konie już są. Pojawiają się dziewczyny z kilku minutową stratą. Zastanawiamy się nad zmianą też i tylnych butów, ale po umyciu i rozbrojeniu blach, pozostajemy przy starych. Błąd. Po regulaminowym odpoczynku ruszamy na trasę – tym razem pętla niebieska. Ta mija spokojnie, tempo wzrasta. Rozpogadza się powoli, rano mżyło, teraz robi się coraz cieplej. Na serwisy pędzimy, ruch jak na sobotę całkiem spory, nie ma nawet czasu na sklep. Znów bramka, odpoczynek i znów 2x15km trasy żółtej. Na serwisie Klaudynka narzeka, że nie najlepiej się czuje. Postaram się o zimną colę, tymczasem pojąc ją wodą. Ktoś wspomina o jakimś wypadku. Później okaże się, że to Ania przewróciła się z Baderem, a na nich wpadła Kasia z Drylingem i omal nie Beata. Miejscowi kibice oferują wodę ze studni, korzystam i… zostawiam drugie wiadro. Na punkcie pożyczam wiadro od taty Ani, ryzykując, że oni nie będę mieli czym napoić Badera. Na szczęście tym razem Martolina odzyskuje moje wiadro. Na serwisie podaję Klaudynce colę i zjeżdżam na bramkę. Długo nie czekamy. Rozbieramy Maję, na przeglądzie vet stwierdza, że chód nie jest czysty, zalecają re-kontrolę. Prowadzimy Maję na pole, ściągam buty i znajduję w tylnym całkiem spory kamień. Koń ma powierzchowne obtarcie piętki. Gorzej jest z Klaudynką, prosi o odrobinę piwa w nadziei, że to ją postawi na nogi. Nie tym razem. Na re-kontroli vet prosi o panel, dopuszczają Maję do wyścigu z ruchem B. Jest bardzo mało czas na przygotowanie konia w trasę. Nie dajemy rady założyć nowych tyłów, w końcu Klaudynka decyduje się jechać w samych przodach. Wyjeżdżają, a my idziemy do samochodu. Po paru minutach telefon. Koń pod siodłem nie jest czysty, mam zapytać komisję, czy możemy w tym momencie zrezygnować. Możemy, jeżeli przejdziemy pomyślnie badania. Wracają pieszo, Maja ma wzorcowe parametry, oczywiście oprócz ruchu, który nie zmienił się od poprzedniego badania kilkanaście minut wcześniej. Podpisuje kartę z rezygnacją. Odprowadzamy konia do stajni. Chwilę później spotykamy Mariusza Wnorowskiego, który pyta o dojazd na serwis – jego Adil złamał podkowę i dosiadająca go Agnieszka czeka na trasie. Jadę z nim i pakujemy konia do koniowozu. Po powrocie dowiadujemy się, że również Beata zrezygnowała, jej konie zniszczyły kompletnie wkładki pod podkowami. Konkurs kończą trzy konie. Jesteśmy tak zmęczeni, że popełniamy zbrodnię! Zasypiamy długo przed zmrokiem i Maja pozostaje bez kolacji. Dobrze, że chociaż dostała późny obiad i siano. Nim jeszcze padliśmy Klaudynka zapowiada publicznie zakończenie kariery sportowej. Jeszcze mam nadzieję, że gdy odpocznie przejdzie jej, jednak czarę goryczy przelewa fakt, że (już w poniedziałek) znajdujemy w wynikach eliminację, a nie zgłoszoną i przyjętą rezygnację. Podobno tak zarządza delegat techniczny, rzekomo zaostrzono przepisy tyczące rezygnacji. Uważam to za policzek wymierzony zawodnikom, jak i całej komisji sędziowskiej. To budzi niesmak i nie tylko to. W dużej części rozumiem decyzję małżonki mej.

Dzień Czwarty. Niedziela (The Day  After) :

    Rano Maja wygląda żałośnie, ale śniadanie i popas na świeżej trawce poprawia jej humor. Do startu przygotowują się biegacze, startuje Tomek, boss naszego klubu. Dziewczyny (jego) nie znają dojazdów na serwisy, więc postanawiam z nimi jechać. Na pytanie o butelki z wodą, Beata myśli, że sobie z niej żartuję. Tymczasem bynajmniej nie są to żarty – zanosi się na upał, a trasa jest ciężka. Do picia Tomek targa przy sobie bidon, ale punktów  odświeżania tam nie będzie! Jedziemy i ustawiamy się w miejscu, gdzie trasa przecina drogę wojewódzką w połowie dłuuugiego podbiegu. Tomek skwapliwie korzysta z podanej wody i biegnie dalej. Nagradzamy brawami wszystkich biegaczy, jest ich garstka, 27 osób (z 47 zgłoszonych), współstartujące konie dawno już pogalopowały. Ten element – rywalizacja człowiek-koń zawiódł na całej linii. Jeźdźcy nie zrozumieli chyba przesłania tej imprezy – pognali nie oglądając się na biegaczy. Może moje oczekiwania były wygórowane,może zbyt rozbudzone opowiadaniem Magdy i filmem z walijskiego pierwowzoru imprezy,nie bez wpływu był też fakt,że choroba  nie pozwoliła mi wystartować,choć serce się rwało? Fakt,że czułem się nieco zawiedziony,choć nadal uważam,że impreza ma ogromny potencjał.Sama w sobie,niezależnie od zawodów dla koni.Nie wątpię też w talent organizacyjny Tomka,w końcu sam w imieniu portalu MaratonyPolskie wręczałem mu Fillipidesa za organizację Sztafety. Parę rzeczy wszelako można poprawić,np. „końskie”  oznaczenia trasy-mało czytelne dla biegaczy,przyzwyczajonych do czegoś zgoła innego.Piszę to z organizacyjnego doświadczenia,u mnie na podobnie oznakowanej trasie pogubili się niemal wszyscy,choć dobitnie zwracałem na to wagę przed biegiem. Nasza woda pierwotnie przeznaczona do oblewania Tomka, przydała się do pojenia biegaczy. Szczęściem w samochodzie mieliśmy jednorazowe kubki. Jak później dowiedziałem się od organizatorów,punkty z wodą  były,tylko w innych miejscach,niż serwisy koni,na których my byliśmy.A chętne korzystanie z naszej wody wynikało z faktu,że brano nas za oficjalne punkty:)Dobra nigdy za dużo.

   W czasie dekoracji przygotowuję przyczepę. Poprzedniego dnia obiecano nam zorganizować naprawę prądnicy , w co powątpiewałem i niestety miałem rację. Ładujemy więc akumulatory podpiętą Agilą. Bez używania świateł (a właściwie używając ich przy mijanych patrolach policji) wystarcza na prawie całą trasę. Dopiero 3 km przed domem bus gaśnie na dołkach i to w momencie, gdy Klaudynka przyśpiesza do sklepu. Ale nie uprzedzajmy faktów. Po dekoracji ładujemy Majuchę i już bez wycieczek krajoznawczych jedziemy do domu. Niki zasypia zaraz za rogatkami, a ja dzięki adrenalinie dociągam na miejsce. Nieco wypoczęta Klaudynka trochę walczy z sennością, ale nie jest tak źle. Przy zjeździe z krajowej siódemki wyprzedza nas Kleszczu. Nie chcę ryzykować jazdy przez Radom, gdzie lubi polować ITD. I nieoznakowane radiowozy policji. Wolę już policję lokalną, która jest bardziej… empatyczna 😉 Mijając jakąś wioskę, instynkt nakazuje mi włączyć na łuku światła, bardzo słusznie, bo z za zakrętu wyłania się radiowóz-Klaudynka jest zadziwiona, jak to wyczułem? Tym sposobem udaje nam się dotrzeć bez zwiększenia i tak wysokich kosztów startu, bez zwiększania ich o koszty mandatów. Wieczorem ognisko z sąsiadami, którzy nam się dzielnie opiekowali pozostałymi zwierzakami. Klaudynka nieugięcie trwa przy swojej decyzji. Szkoda, ten sezon Mai przepadnie, bo jeśli nawet wystartuję na niej w Zakrzowie,to mogę jechać tylko gwiazdkę. Genialny system odznak…