Achał – lans

Czyli przyjemne z pożytecznym.

                Przyjemne, to niewątpliwie wizyta u Dalii i Jacka w Boskiej Woli (dla niewtajemniczonych – jednych z bardzo nielicznych w Polsce hodowców achałtekinów), a pożyteczne – zakup 4-beli siana  u Radka, serdecznego druha Jackowego. Niestety, Radek przedobrzył sprawę, czy to zbyt mocno sprasował, czy siano było wilgotne, w każdym bądź razie wszystkie bele pleśnieją od środka i nic nie zakupiliśmy (za słomę chciał zbyt drogo). Miał to być zakup testowy. Wcześniej kupowaliśmy tylko kostki. Wciąż nie wiemy, jak sobie poradzimy z turlaniem tego ustrojstwa w naszej małej stajence, a wcześniej z załadunkiem i wyładunkiem i na ile czasu wystarczy koniom? Obliczyliśmy tylko, że jesteśmy w stanie zmagazynować u siebie 17 beli.

                Ale wracajmy do przyjemnego. Jacek już wcześniej zapowiadał, żebyśmy wzięli stroje jeździeckie, bo nas wsadzą na konie. Kiedy przed dziesięcioma laty spotkałem się z opisem rasy, konie bardzo mi się spodobały, ale były tak egzotyczne, że nawet mi do głowy nie przyszło, że będę miał przyjemność  takiego dosiadać. Zresztą wtedy nie dosiadałem żadnych koni, w ogóle nie umiałem jeździć i nic nie zapowiadało, że będę to robił. Ale życie jest nieodgadnione i splot nieprawdopodobnych perypetii  sprawił, że stanąłem przed taką szansą.

                Zajechaliśmy na miejsce po 14-ej. Jacek z miejsca wytargał sprzęt i samoczwart udaliśmy się na pastwisko odłowić sobie wierzchowca. Stado pasło się w pełnej rodzinnej harmonii. Mnie przywitała Margire, podstawiając się do głaskania i tarmoszenia, a Klaudynkę najstarszy z młodego pokolenia – Ostovar. Po rytuałach  powitalnych Jacek schwytał Osman Guli zwaną  pieszczotliwie Bubą i wraz z Ostovarem wróciliśmy do chatki.  Do „gościnnego jeżdżenia” służy wydeptana przed chatką ścieżka o średnicy kilkudziesięciu metrów, w terenie przypominającym do złudzenia step. No, może raczej moje wyobrażenie stepu, bo nawet jeśli jakiś przemierzałem w wojażach po Ukrainie, to nocą.

                Przed wsiadaniem krótki instruktaż Dalii: ten koń reaguje dobrze tylko na dosiad! Wodze i łydka w dalszej kolejności. UPS! Przecież ja w znikomym stopniu oddziałuję na nasze konie dosiadem, jako że jeżdżę głównie w półsiadzie, a konie reagują na bardzo subtelną łydkę i głos! W dodatku różnica wagi między mną a Jackiem to (odkąd wróciłem do biegania) niemal 50 kg! No to będzie się działo!

                Choć  przemknęła mi taka myśl, żeby zabrać któreś z naszych strzemion, to nie zrobiłem tego i teraz mam strzemiona otwarte, do płaskiej podeszwy sportowych butków. Ostatni raz jeździłem w takich zdając brązową odznakę i szczerze, myślałem, że już nie będę jeździł J.  Ale co tam, do odważnych (i głupich) świat należy, więc wsiadam. Mili gospodarze robią serwis fotograficzny a zazdrosny synalek Buby po pierwszym kółku próbuje mi wskoczyć z tyłu na siodło (szkoda, że nie udało się uchwycić tego momentu „ku wiecznej rzeczy pamiątce”).

IMG_3246

Mimo pałętającego się Ostovara i wypadających co i rusz ze strzemion stóp, udaje mi się przejechać parę kółek nie spadając z konia i nie czyniąc mu większej krzywdy na ciele, a przede wszystkim psychice.

IMG_3266

Buba ma w „głębokim poważaniu” mój dosiad, a na łydkę reaguje słabo.

IMG_3269

Niemniej, wrażenia z jazdy są pozytywne i pewnie współpraca w terenie ułożyłaby się w krótkim czasie.

IMG_3262

Teraz mogę z (prawie) czystym sumieniem oddać wierzchowca Klaudynce, która radzi sobie o niebo lepiej.

IMG_3297

                Kończymy zabawę w jeźdźców, krótka pogawędka w domu i telefon do Radka, z którym jak wspominałem, nie ubijamy interesu. Obdarowani dynią i winem jabłkowo-jarzębinowym wracamy do pieleszy.

                Teraz wykorzystując wenę twórczą piszę przy świetle latarki przy ognisku relację a Klaudynka dopieszcza mężulka piekąc mu kiełbaskę.

Ps. Dynia okazała się przepyszna i już ją prawie zjedliśmy, a nie śmiem prosić Jacka o następną.