A imię jego Czterdzieści i Cztery

 42 = 10,5t – tyle właśnie siana przyjechało do nas dzisiaj. Teoretycznie – zapas na cały rok, jak będzie w praktyce, zobaczymy. Pomysł z belami zrodził się w głowie Klaudynki już przed rokiem. Tylko kombinowaliśmy, mierzyliśmy na wszystkie sposoby nasze sprzęty i nijak nam nie wychodziło. Wreszcie postanowiliśmy spróbować z belami 120×120. Trafiliśmy na ofertę po 40 zeta, gdzieś w okolicach Grodziska Maz. Pojechaliśmy. Siano leżało na łące dość długo i od spodu było lekko wilgotne, acz powierzchownie. Postanowiliśmy spróbować – zakupiliśmy partię 4 beli –weszły do przyczepy i busa po 2 szt. bez problemu. Oczyszczenie towaru do zdrowego rdzenia wymagało trochę pracy, odchodziło gdzieś tak dwie kostki, ale przy tej cenie to wciąż opłacalne, a trawa koniom ewidentnie smakowała. Zleciliśmy facetowi zebranie beli pod dach (miał taką możliwość) wtedy sukcesywnie będziemy zabierać „do wyczerpania zapasów”. Ba, umówiliśmy się wstępnie na przyszłoroczne zbiory. Któregoś pięknego dnia otrzymuję od Klaudynki enigmatyczny telefon, że wkurzyli ją! Kto, co, jak? Otóż znalazła ogłoszenie, ni mniej, ni więcej, tylko naszego kontrahenta. Tylko już z większą ceną. Widocznie, kiedy już zmagazynował towar, postanowił sprzedać go korzystniej, nie przejmując się naszą umową. Hak ci w smak. Szukamy dalej. I oto Klaudynka znajduje wprawdzie odległą, mimo to korzystną ofertę z transportem. „25 zł za belę 120×120 – transport tirem” ok. 3.30 za km. Przy odległości ok. 100 km to i tak się opłaca. Postanowiliśmy sprawdzić towar. Jedziemy fordem z przyczepką, bo bus akurat w naprawie. Bele stoją grupkami na łące, ale dobrze zabezpieczone na drągach, przykryte folią z przewiewem. Wyglądają naprawdę przyzwoicie. Ładujemy, 2 ledwo wchodzą wypełniając przyczepkę. Koła przysiadają. Postanawiamy po drodze zważyć je w składzie (?) – okazuje się, że mają minimum po 250kg! Poprzednie, te po 40, szacunkowo 150kg i jeszcze kupę (pracochłonnego) odrzutu. Konie „przysysają” się natychmiast, acz nie czynią takiego spustoszenia, jak z tamtymi, bo jest mocniej sprasowane, nie tak łatwo je rozk…ć. Pogoda dopisuje, mamy urlopy, więc nie ma na co czekać. Umawiamy się na środę, na transport. Pomysł nieco szalony z uwagi na czwartkowy wyjazd z Mają na zawody. Wtorek mija na przygotowywaniu „zrzutowiska”, czyli placyku przy drodze, zarośniętego z zalegającymi słupami elekt. przyrośniętymi trawą. Koszenie, wyciągnięcie półtonowych słupów z trawy, rozłożenie pod bele kosztuje sporo sił. Po południu telefon, że na łące mamy być o 8-ej rano. Czeka nas, zatem wczesne wstawanie (wcześniej jak na urlop, bo normalnie wstaję wcześniej). W radio trąbią o słonecznej pogodzie, ale w okolicach Gowarczowa zaczyna padać, nieciekawie! Gdy docieramy na miejsce, sprzęty już na miejscu, po środku łąki. TIR po środku łąki?! A co może robić? Siedzi po osie w błocie.

100_1925

No, pomysł mieli zaiste przedni, wykręcać na łące. I nie ma winnego – kierowca twierdzi, że właściciel zapewniał go, że twardo, właściciel, że kazał mu, ale cofać, a nie wykręcać! Tak czy siak, TIR ugrzązł. Rozpoczynamy akcję ratowniczą, w ruch idą szpadle, belki, kłody i oczywiście wielki traktor do załadunku.

100_1931

Do pewnego momentu nawet TIR przesuwa się, ale w końcu traktor rozoruje kołami łąkę i klops. Kierowca klnie, że mu się łamią elementy kabiny i lampy w zderzaku, ładowacz ma czas do południa, więc nic z tego chyba już nie będzie.

100_1933

Desperacja sięga zenitu, wreszcie udaje się ściągnąć drugi wielki traktor i w kooperatywie, udaje się TIRa wyrwać z torfu. Ku naszemu zaskoczeniu, facet ustawia się na szosie i… odpina burty. Czyżby jednak zdecydował się jechać?! Ładowacz też znajduje zastępstwo tam, gdzie się śpieszył i rozpoczynają akcję załadunek. Właściciel dowozi bele ciągnikiem, a my z jego zięciem ładujemy ręcznie na przyczepkę i osobówką podwozimy ładowaczowi. Robota idzie tak sprawnie, że w niespełna dwie godziny mamy załadowane 42 bele siana. Umawiamy się z kierowcą na miejscu i pędzimy, żeby jeszcze załatwić kogoś do rozładunku. Przypominam sobie, że mój kuzyn Marek zrywa po sąsiedzku jabłka z silną ekipą robotników – może mi ze trzech użyczy. Mam w zanadrzu atut – gnój, na który Marek od dawna ma chrapkę, może rozrzutnik gnoju za godzinkę pracy skusi go? Bo inaczej zablokuję drogę na pół dnia. Argumenty okazują się trafione, i gdy TIR przyjeżdża, mam trzech ludzi plus Marka. Robota w pięciu chłopa idzie jak z płatka i w mig mamy rozładowany samochód.

100_1935

Bele leżą w sporym nieładzie, ale samochód możemy zwolnić. Kierowca nie kombinował nic z trasą, choć wcześniej mówił, że się nie dojedzie ze względu na ograniczenia tonażu, z których nie zdawaliśmy sobie sprawy i kasuje 7 stówek. Suma summarum, mamy siano po 200/t. Do wieczora udaje nam się troszeczkę uporządkować zrzut, reszta po zawodach, byle tylko w tym czasie nie padało. Już po powrocie pożyczam od sąsiada traktor z podnośnikiem widłowym i na zakończenie urlopu, dokonuję dzieła.

100_1937100_1938