100_3812

Ciosny Kwiecień 2015

Debiut Martyny czyli do trzech razy sztuka.

Jej pierwszy start planowaliśmy już w ubiegłym roku. Ale, no właśnie, pech – pierwsze potencjalne zawody zostały odwołane, a przed drugimi nie udało się nam ogarnąć badań lekarskich. Nasza macierzysta przychodnia sportowa została zlikwidowana i nie zdążyliśmy załatwić innego lekarza. Mieliśmy obawy, czy to nie zniechęci Martyny i nie zostanie „porwana” przez inne pasje, ale szczęściem – wytrwała. Rzetelnie przepracowała zimę, trenowała kiedy tylko mogła przyjść i to dosłownie, bo jej rower stoi popsuty od jesieni u nas w „stodole”. A już ostatnimi czasy, kiedy zaczęliśmy rywalizować na endomondo z Izą  – jeździmy dość intensywnie. Z kronikarskiego obowiązku muszę przyznać, że Martyna jest bardzo odpowiedzialną zawodniczką i dokładnie realizuje założenia treningowe. Niezaprzeczalnie endomondo jest rewelacyjnym narzędziem do prowadzenia treningów – od ponad pół roku zarzuciliśmy ręczne wklepywanie czasów i dystansów w zeszyt – dziennik. Ale wracajmy do tematu. Uważaliśmy, że zarówno rumak jak i jeździec są doskonale przygotowani na pierwszy występ w tym roku. Maja wreszcie nabrała bardziej sportowej sylwetki bo zimą była mocno „przy ciałku”. Dojrzała wreszcie i świetnie przyswaja paszę, więc choć dostaje najmniejsze porcje, wygląda najlepiej ze stadka.

100_3682
Jak zazwyczaj, jako pierwszy wyjazd w tym roku padło na Ciosny i nie tylko ze względu na odległość, po prostu odpowiada nam tutejsza atmosfera i oczywiście trasy. Nie podoba nam się jedynie to, że w lasach znajduje się coraz więcej śmieci , ale na to już organizatorzy nie mają wpływu.
Jako, że nasza ekipa jest coraz liczniejsza, mogliśmy wypróbować inne niż zwykle warianty, dzięki czemu mogliśmy być na odprawie i przeglądzie weterynaryjnym o czasie, a nie w ostatniej chwili, albo w sobotę rano. W piątek pojechali we troje z koniem Klaudynka, Tomek i Kasia jako kierowca, w której to roli znakomicie się sprawdziła. My z Martyną postanowiliśmy jechać rano. Oboje podekscytowani budzimy się przed piątą, tzn. ja zawsze się tak budzę i czekam na budzik, ale tym razem Martyna jest szybsza – kiedy wstaje, obszczekuje ją Ratler śpiący u mnie po łóżkiem. Karmię konie i ruszamy. Ruch o tej porze, w dodatku w sobotę jest niewielki i w półtorej godziny jesteśmy na miejscu. Z uwagi na zapowiadający się upał, oczywiście jak na tę porę roku, start P-tki jest przesunięty na godz. 9. Nasi są już na miejscu. Na dzień dobry dostajemy z Tomkiem zadanie nalania wody do butelek, ale mamy nadzieje, że na tym dystansie nie będzie jej wiele potrzeba. Dwa serwisy na trasie a potem już tylko na polu serwisowym. Zresztą Maja lubi poić się z dużych ogólnych pojemników, z wiaderka to tak, nie bardzo.

Lokujemy się tuż przy wjeździe i omawiamy strategię wchodzenia na bramkę. Maja jest w formie, więc chcemy wchodzić z marszu, za trzy punkty wprawdzie bramka weterynaryjna jest dość daleko, około 150m, ale może się uda. Siodłamy konia, rozgrzewka i zaraz start na trasę. Martyna rusza w pierwszej parze z P.Saneckim

100_3650

, ale ma jechać „swoje”, bo Pan Andrzej jedzie na debiutującej klaczy i ma inne założenie co do tempa. Pojechali. Martyna jedzie z endomondo, a my tym razem mamy luksus obserwowania jej przejazdu na tablecie. Spokojnie udajemy się na serwis, gdzie akurat znajduje się większość N-ki, która startowała ponad pół godziny wcześniej.

100_3651

Rzut oka na ekran – Martyna jedzie bardzo równo zgodnie z założeniem, utrzymując tempo około 17 km/h, czyli z lekkim zapasem, bo końcówka trasy jest trudniejsza nawierzchniowo. Jest nas czworo, ja dostaję rolę fotoreportera, Klaudynka i Kasia polewają konia a Tomek obsługuje tablet.

100_3659

Serwis jest błyskawiczny, niemal niewidoczny na wykresie endzia. Jedziemy na drugi, zawsze widziałem go z perspektywy zawodnika i nigdy nie zauważyłem, że znajduje się przy dużym domu mieszkalnym. Polewamy konia i jedziemy dalej, a Klaudynka z emocji zapędza się na końską trasę . Zawracamy i jedziemy na metę. Wybiegam naprzeciw Martynie, aby jeszcze zrobić jakieś fajne fotki. Gdy Martyna nadjeżdża, robię jej zdjęcia i w tym momencie pojawia się grupka N-kowiczów z Magdą Głód (zwyciężczynią klasy N) na czele i tu niespodzianka, z naprzeciwka na trasę wjeżdża wielki ciągnik i wywrotka blokując leśną drogę. Wszyscy muszą salwować się ucieczką do lasu. https://www.youtube.com/watch?v=eiaAcQtb3Dw Szczęśliwie żaden koń nie spanikował i po minięciu maszyn wszyscy wrócili na trasę rajdu
Trafiamy z czasem idealnie, a na bramkę wchodzimy w półtorej minuty.

100_3710

Na odpoczynek odprowadzamy Maję do boksu. Martyna może się wreszcie posilić, śniadania nie zdążyła zjeść. Pół godziny mija jak z bicza strzelił. Ubieramy konia i na start i tu pojawia się problem – przychodzi sędzia z informacją, że zostajemy zdyskwalifikowani za zbyt wysokie tempo jazdy. Wszyscy robimy wielkie oczy i ręce nam opadły aż do ziemi!! Jak to, przecież wszystko było precyzyjnie wyliczone a w dodatku we współpracy z GPS-em!! Rzucamy się do Internetu sprawdzić jeszcze raz regulamin a pani sędzia jeszcze raz idzie się upewnić o słuszności dyskwalifikacji. Na szczęście racja jest po naszej stronie, sędzina myślała, że jedziemy L-kę na której prędkość jest 14 km/h a nie P-kę z prędkością 16 km/h. Uff, ulga, ale było gorąco. Dyskwalifikacja rujnowałaby nasze plany na co najmniej połowę sezonu. Przez to zamieszanie, Martyna rusza z prawie dwu-minutowym opóźnieniem. Nic to. Nadrobi.

100_3693

Teraz pętla to 2×10 km z jednym serwisem na polu serwisowym. Pierwsza dycha ze sporym zapasem. Wjeżdżając na serwis Martyna radośnie oświadcza, że „glebnęła” i wylądowała w pokrzywach, szczęściem nic się nie stało a klacz została na miejscu (zresztą nigdy nie ucieka po zrzucie ).

100_3696

Ruszają na ostatni odcinek. Wybiegam z aparatem na dwa kilometry naprzód, po drodze fotografując „betkę” przy reporterskiej pracy,

100_3701

znajduję ciekawe miejsce,k ępę pochylonych sosen, które będą świetnym tłem dla jeźdźców. Czekam na Martynę, pojawia się w towarzystwie P.Plucińskiego na Rico

100_3703

. Niedobrze, miała trochę stepować, ale czas goni i kłusują za galopującym teraz Rico. Wracam skrótem na metę, aby tam ją przywitać. Szybkie rozsiodłanie, tętno jest dobre, ale Maja przysysa się do wody w wielkiej beczce.

100_3687

Pomimo to i tak wyrabiamy się z wejściem w trzech minutach. Parametry na bramkach Maja ma wzorcowe a punkty za prędkość i tętno maksymalne.

100_3670

Jednak z fetowaniem zwycięstwa musimy poczekać, P-ka rządzi się swoimi prawami i ktoś ze startujących za nami mógł mieć równą ilość punktów a krótszy czas wejść na bramki. Po godzinie są nieoficjalne wyniki. WYGRYWAMY!!
Kasia i Tomek jadą Agilką do domu a my czekamy na dekoracje. Martyna ma jeszcze ochotę w domu wsiąść na Demona, aby podkręcić endomondową rywalizacje . Jednak dekoracja trochę się oddala i zdążymy do domu już tylko na wieczorne ognisko. Nie ma tym razem pucharku, ale Martyna zdobywa swój pierwszy oryginalny medal i to od razu z jedyneczką.

100_3812

Piękny debiut, swój też wygrałem, ale nie w tak wspaniałym stylu.
Wiem, że to tylko dystans P, ale bardzo się cieszymy z wygranej a Klaudynka chodzi dumna jak paw będąc bardzo zadowolona ze swej wychowanki .
Teraz czekają nas egzaminy na odznaki – Martyny srebrną , mój na złotą oraz Kasi i Tomka na brązową. I już tęsknimy za następnymi zawodami

Bez tytułu

 

Zakrzów

Urlopowe plany mieliśmy ambitne – dokończyć boksy, zrobić wylewką pod miał, bramę, poprawić ogrodzenie, przerobić warzywa, nastawić wina i wiele innych. A w gruncie rzeczy, musiałem się skupić na treningach Mai. Start w Zakrzowie to” być albo nie być” tegorocznego sezonu. Tyle, że dwa tygodnie przed startem, to już trochę późno na przygotowania. Dobrze, że po poturbowaniu się Bahraina, ogarnął nam się Arkan i udało się przejechać nim dwie P-tki .I to na nim skupiłem swoją uwagę, Maję, po rezygnacji z jazdy Klaudynki, pozostawiając dziewczynkom Ani i Martynie. Maja ma tę zaletę, że za koniem pójdzie choćby z manekinem na grzbiecie. Ale wreszcie przyszedł czas, że musieliśmy zgrać się oboje. Nie było łatwo – Maja rozbestwiona jazdą dziewczynek próbowała robić, co jej się podoba, a podobało jej się chodzić stępa przy każdej okazji. Znalazłem odcinki dróg nadające się do galopu 4km przecinane asfaltami – właściwie żadnego odcinka kilometrowego nie można przegalopować w całości. Największa przeciętna prędkość kilometra, jaką udaje się nam osiągnąć to 22km/h. Mam tylko nadzieję, że baza, jaką jej stworzyliśmy przez te 3 lata treningów, zaowocuje pomyślnym startem. Mimo środowej tyrki z sianem, w czwartek wstajemy w stanie użytkowności bojowej, zwarci i gotowi. Pakujemy samochód, zostawiamy wytyczne sąsiadom, wprowadzamy Majuchę i ruszamy. Do Częstochowy podróż przebiega bez zakłóceń. Kierujemy się jak w zeszłym roku, na Toczek i tu zaczynają się schody – objazd. Kieruje nas na Pyskowice – mogliśmy tak jechać od razu! Za Pyskowicami mija nas terenówka ciągnąca bokman’kę na krakowskich blachach. Wygląda znajomo. I rzeczywiście, gdy nas wyprzedza, poznaję managera dyscypliny R. Zielińskiego, teraz podróż pójdzie gładko. I rzeczywiście, gdy w Koźlu natrafiamy na roboty drogowe, skręcamy za nim mimo zakazu – może wie, że da się przejechać? Ale chyba pojechał „na pamięć”, zapędzamy się w ślepą uliczkę. Zawracamy i jedziemy zgodnie z objazdem. Teraz rozpoznaję już drogę, a Ryszard znów szuka szczęścia w skrótach, ostatecznie przyjeżdżamy przed nim. Wyładunek Mai, dostaje prawdziwy apartament w końcu stajni, tuż przy wejściu do hali, chyba dla matki ze źrebakiem. Zaraz po krótkiej adaptacji zabieramy ją do myjni, z uwagi na akcję „siano”, nie wykąpaliśmy jej przed wyjazdem, a pewnie Maciek będzie sprawdzał czystość.;) Zawody przyciągają dużą ilość zawodników, chyba rekord frekwencji, więc i znajomych spotykamy co i rusz. Tym razem zaszaleliśmy na hotel, a ściślej na nocleg w pokojach gościnnych pałacyku, będącego siedzibą K.J. Lewada. Pomysł zbawienny, bo nocami już przymrozki.Po odprawie postanawiamy objechać serwisy – tym razem role się odwróciły i muszę Klaudynce przekazać pałeczkę. Oczywiście, jak przed rokiem, na pierwszy gubimy drogę, ale nim to się stanie – rozwalamy zawieszenie. Tuż za Sukowicami jest nieczynny przejazd kolejowy, tory za zaasfaltowane i oznakowane znakiem, którego nie zauważam oczywiście, dlatego na garbie wyskakuję w górę i walę podwoziem o szosę urywając wahacz. Teraz wozem kołysze tak, że można dostać choroby morskiej.Znajdujemy serwis, teraz wracamy na drugi, trochę pozmieniane. Teraz poprzez czarty jedziemy na trzeci. Łatwizna. Wracam do stajni, karmimy Maję i jedziemy spać. Stajnię otwierają o 5-tej i tak muszę dać Mai śniadanie, a na kawę nie mogę sobie pozwolić, co by później nie sikać. Adrenalinka przedstartowa powoduje, że jestem ogarnięty i bez porannej kawusi.

W naszym konkursie startuje 16 par, do tego konkursy juniorskie, gwiazdka krajowa i N-ka, będzie sporo koni na trasie. Mam jechać rozważnie, ale z dobrą prędkością – najlepiej byłoby się zabrać z kimś doświadczonym, przypuszczamy, że tak może jechać Beata Dzikowska i Suna. Nasze klubowe koleżanki planują jechać 14 na godzinę, a to na ten raz dla nas za wolno. Z Krzyskiem, Wojtkiem czy Robertem nie zamierzam się ścigać, nie tym razem, w końcu jestem debiutantem w konkursie ściganym. A tymczasem na starcie nikt się nie kwapi ruszać na trasę. Jesteśmy z Mają tuż przy linii startu – na co czekać. Ruszamy.

Start w Zakrzowie jest mocno pod górkę, bardzo widowiskowy.Oczywiście nie zamierzam prowadzić, ale Maja jest mocno pobudzona, duch sportowy się już się w niej obudził i nie zamierz dać się pochłonąć peletonowi. W dodatku nakręca ją motolotnia, na którą inne konie nie zwracają najmniejszej uwagi. Wyprzedzają nas 3, 4 konie i… po chwili jeden z jeźdźców leży na ziemi. To koń zawodnika Iranu przestraszył się wyskakujących saren, pewnie nigdy nie widział takiego stwora. Irańczycy pierwszy raz startowali w Europie i z jakichś względów ten start był dla nich szalenie ważny. Zatrzymujemy konie , aż jeździec się pozbiera i ruszamy dalej. Jadę za zagraniczną zawodniczką ze Szwecji(Anneli Ohlen). Mimo szronu na trawie buty Mai pewnie się trzymają gruntu, dopiero przy przekraczaniu asfaltu o dziwo ślizgają się. Wiem już, że asfaltu musimy unikać. Gdy docieramy do wałów mamy pierwszy serwis. Klaudynka dojechała, musieli nieźle poginać, bo konno mieliśmy blisko, coś około 8 km, co przejechaliśmy w 26 minut. Nie stajemy, Klaudynka strzela fotę, jedyną z trasy. Na wałach jest szerzej. Dołączają do nas Irańczycy i jedziemy we czwórkę. Tempo jest wysokie 25-26 km/h, a może nawet wyżej. Powiększamy przewagę nad następną grupą gdy …drugi Irańczyk, a może ten sam spada z grobli w dół. Koń ucieka. Na szczęście jacyś ludzie przed nami prowadzą krowy i zawracają go w kierunku jeźdźca, któremu udaje się go schwytać i dosiąść. Nie na długo, wkrótce koń postanawia realizować własny scenariusz zawodów, zbiega z grobli i galopuje prostopadle do naszej trasy ku Odrze. Drugi Irańczyk krzyczy coś do nas z czego rozumiem tylko… wio, wio! Wio!? Ach ta rodzina języków indoeuropejskich.

Mijamy drugi serwis ledwie polewając klacz, jest zimno i nie ma takiej potrzeby.Tutaj dołącza do nas Gawor pod Robertem. Kończą się wały, szwedka i Gawor rozpędzeni jadą prosto, my zauważamy zjazd i prowadzimy. Myślałem, że Maja tak ciągnie za ogonem, ale prowadząc też galopuje ochoczo,nie mniej daję jej trochę odsapnąć, pozwalamy się dogonić. Przed trzecim serwisem w Łanach dogania nas też druga grupa. Klaudynka chwyta Maję na serwisie, polewamy ją dość obficie. Próbujemy poić. Szwedka znów nie serwisuje i odjeżdża nam. Dla nas to był błąd, maja próbuje jeszcze gonićTuzcęz innymi końmi, ale przewaga jest spora i rośnie. Po polewaniu konia, w butach chlupocze. Niedługo po serwisie następuje katastrofa – na polnej drodze wyrasta przed nami przeszkoda w postaci błotnej kałuży, niewielkiej wprawdzie ale śliskiej. Nie chcąc zajechać drogi galopującemu za nami Gaworowi wjeżdżamy w nią , odgłos butów zmienia się. But spada.Zatrzymuje konie, zakładam buta, ale sytuacja powtarza się. Zakładam po raz drugi, solidniej, ale tym czasem konie znikają za kolejnym pagórkiem. Jedziemy ostrożniej, a co za tym idzie wolniej. Docieramy do czwartego serwisu. Konie prowadzące są już ponad kilometr przed nami. Na szczęście do bramki jeszcze tylko kilka kilometrów. Po dotarciu do Zakrzowa na twardej nawierzchnizsiadam z Mai i biegnę z nią około dwóch kilometrów do mety. Dobiegamy ale nigdzie nie widzę Klaudynki. Na szczęście pomaga mi Iza Draźba i jej tato. Pomagają rozsiodłać, Tomek mierzy tętno. Zdejmując ochraniacze widzę pod gaiterem krew. Postanawiam zostawić jej futerka ochraniające. Niestety, szefowa weterynarzy upiera się, żeby je zdjąć. Zdejmuję po kolei w kierunku zakrwawionej nogi (jest to tylko powierzchowne obtarcie, pewnie gdy galopowała chwilę ze spadniętym butem wiszącym na gai terze – nabawiła się go ). Szczęściem nadciąga Klaudynka, podobno nie odpalił jej samochód na serwisie, no, jeszcze tylko tego brakowało. Biegnie z Mają, parametry w porządku, ruch też, ale żeby na następnej pętli nie było problemu postanawiamy założyć stare buty bez gaiterów. Z przednimi też nie najlepiej – wypadły dwa hacele, jednak zastosowane śrubki fi 6, nie sprawdzają się w tak ekstremalnych warunkach. Szybko mija odpoczynek i ruszamy na drugą pętlę. Samotnie.

Kobył iść nie chce, muszę ją „pchać”, teraz polewamy ją bardzo ostrożnie. Zabieram ze sobą butelkę i polewam w czasie jazdy. Jakoś docieramy do mety, tempo wszelako spada do 16,5 km/h.W sumie nie tak źle. Maja na bramce wprawdzie dostaje ruch B ale to raczej wynik perturbacji z poprzedniego wejścia. Czyli jesteśmy w grze. Dziewczyny na agrafce niebieskiej pętli mówiły, że jesteśmy na czwartej pozycji. Tuż za mną jest para Estończyków(Anne i Heigo Rothla), którzy nieco szybciej wchodzili na bramkę.Skoro mnie dogonili, to znaczy, że jadą dobrym tempem podepnę się zatem pod nich . Wyruszam pierwszy, ale po dwóch km Estończycy wyprzedzają mnie galopem. Maja podrywa się do boju i galopujemy razem. Niestety, okazuje się, że oni mają dokładnie taki sam pomysł, powieźć się na mnie. Zależy nam na tempie, więc znów wychodzimy z Mają na czoło, ale kobyła nie chce oderwać się od koni. A gdy próbujemy schować się za ogonem, oni przechodzą do stępa. Nie mogę tak jechać. Pcham Maję wszelką perswazją i zaklęciami aż do ostatniego serwisu.Tutaj dogania nas zawodniczka z innego konkursuw żółtym plastronie. Podczepiamy się w ugruntowanym szyku. Mimo, że w rajdach bywa tak, że często konie wylatują na końcowej bramce, to towarzyszy mi pewność, że będzie ok. Tylko dojechać. Na ulicach Zakrzowa Estończycy zaczynają finiszować. Spróbuje jeszcze zaatakować w końcówce, ale po asfalcie nie chce pędzić. Na metę wpadamy w zasadzie razem. Estończycy o długość konia z przodu a my z tyłu. Zabrakło mi jednoznacznie określonej linii mety. To orgowie mogą poprawić, możliwości techniczne są ku temu.

Z wcześniejszych wyliczeń wynika, że mogę być szósty, jakoż jestem zdziwiony na dekoracji, kiedy szóstą wywołują zawodniczkę słowacką Zuzanę Sitarową. Dopiero gdy dostaje wyniki odkrywam, że Słowaczka była tą dziewczyną w żółtym plastronie. Widocznie brakło dla niej czerwonego. Takim to sposobem po całkiem udanym przejeździe zostałem ograny przez starych estońskich wyjadaczy i czysty słowacki przypadek. Cóż, człowiek uczy się całe życie a ja … byłem debiutantem.

Zwycięska para ukończyła tempem ponad 23 km/h. Za dużym dla nas na ten raz, więc może i dobrze, że but spadł. Niemniej podejmujemy decyzje, że na ścigane dystanse musimy konia okuć. Drugi był Wojtek na Sindzie też imponującym tempie 22 km/h. (Sinda to pół-ciotka Mai), a trzeci Krzysztof na Czartomeliku, i tutaj przy odrobinie szczęścia mogliśmy już rywalizować. Tak czy owak byłem trzecim z Polaków w konkursie , tak wysokich szans sobie nie dawałem, ale rajdy rządzą się swoimi prawami i to ma swój urok.

Siusiu czyli grzech zaniechania.

Po pierwszym udanym starcie Arkana w Ciosnach nastawiliśmy się, że w następnym powalczymy o dobry wynik, zwłaszcza, że z okazji MPMK zapowiadało się dużo koni. Miesiąc przepracowaliśmy dość solidnie. Niestety, końcówka sprawiła, że start stanął pod dużym znakiem zapytania.

Wpada do nas co jakiś czas znajoma, kiedyś dalsza sąsiadka z ulicy, teraz warszawianka całą gębą „Aga”, pojeździć sobie konno. No i w czasie takiej przejażdżki Arkan potknął się i zakulał. Jeszcze następnego dnia pojechałem na nim na trening i nie podobał mi się pod siodłem, ale z tej perspektywy nie potrafię ocenić ruchu konia. Dopiero kiedy mogłem pokazać go Klaudynce, stwierdziliśmy, że nie jest czysty. Wszelako nie wyglądało to na poważną kontuzję np. ścięgien, tylko na coś mięśniowego. Daliśmy mu wolny weekend. We wtorek, w ostatnim tygodniu przed zawodami, sprawdziliśmy konia w ruchu – wyglądał na czystego. Pojechałem lekkie treningi w środę i w czwartek – było dobrze. Podejmujemy decyzję, jedziemy.

Przesunąłem urlop o jeden dzień, tak, żeby w piątek na spokojnie zdążyć na przegląd. Wprawdzie posypał się nasz sportowy dom – VW transporterek i musieliśmy spakować forda, a w nim nie śpi się tak komfortowo no i nie mogliśmy zabrać Niki, są dwa miejsca leżące. Na dodatek instalacja gazowa wysiadła jakiś czas temu, więc podróżujemy na benzynie. Trochę drogi to będzie wyjazd.

Przed piątą jesteśmy na miejscu. Trafiamy na wizytę Pani z PZJ-tu, która wręcza pamiątkową statuetkę Kamili Kart, świeżo upieczonej brązowej medalistce ME. Miły gest ze strony PZJ – wreszcie nasza dyscyplina zostaje zauważona. Brawo Kamila!

Długo czekamy na weterynarzy, przez co przegląd się opóźnia. Postanawiamy, że póki widno przebiegnę się po trasie w jej ostatnim odcinku i obadam kałuże po ostatnich opadach, zwłaszcza tą, w której zgubił buty Bahrain. Biegnę i biegnę, aż dobiegam do charakterystycznego punktu trasy a kałuży nie znajduję. Owszem, są takie mniejsze, ale wszystkie są do ominięcia. Klaudynka zabrania mi wjeżdżać w wodę „pod groźbą kary administracyjnej”. Ok. Wracam akurat na przegląd. Arkan jest w porządku, ruch „a”. Kręcimy się jeszcze trochę i idziemy do samochodu spać. Mamy butelkę wina wiśniowego już tegorocznego – nie mamy szkła, więc jak żule, popijamy sobie „z gwinta”. Opróżniamy pół butelki na leżąco, bo inaczej w fordzie się nie da i wskakujemy w śpiwory. I tu sprawdza się przysłowie: jak sobie pościelesz tak się wyspisz.. Mam w środku jakiś cholerny ostry piasek – będę miał super peeling całego ciała. Może dobrze, lepsza aerodynamika na trasie. Śpi mi się okropnie, dopiero nad ranem wykopuję resztki piasku, naciągam na śpiwór skopany koc i zasypiam.

Ale zaraz dzwoni budzik i wstaję karmić Arkana. O dziwo, bez kawy, ale czuję się wyspany. Daję jeszcze pospać Klaudynce, ale ileż można? Wstajemy. Podziwiam widok z okna, ba nawet go fotografuje. Arkan wyluzowany, chwilę dajemy mu się popaść na trawniku Championa – w domu takich nie ma J. Start mam 9:40, pogoda dobra, choć trochę wieje.

Okazuje się, że będę jechał z dwoma dziewczynami z KJ Aga. Wcześniej oglądamy falstart „gwiazdki”. Panowie z obsługi pochłonięci świętem Kamili, zapomnieli otworzyć ….bramę.

Wreszcie startujemy i my. Ustalamy tempo – jedziemy na 16-e. Arkan tym razem nie głupieje, dość szybko ustawi a się za ogonem arabka Agnieszki Romszyckiej a za nim klacz. Czasem tylko, gdy dziewczyny przechodzą do stępa, on woli lekko kłusować. Jedzie nam się bardzo dobrze i dopiero na połączeniu trasy czerwonej z żółtą nasze założenia taktycznie rozsypują się jak domek z kart. Mamy od tego miejsca zwolnić nawet do stępa, gdy tymczasem z żółtej trasy wypada grupka N-kowiczów z Kamilą na czele i wyprzedza nas jadąc swoim tempem, czego nie mogą zrozumieć nasze konie (zwłaszcza Arkan), ciągnąc za tamtymi. Już wiem, że Arkan mi nie zejdzie z tętna w punktowanym czasie, zostawiam więc dziewczyny i jadę na metę. Tempo powyżej 15-tu. Rzeczywiście Arkan jest bardzo pobudzony, tętno skacze, ale przede wszystkim trudno je zmierzyć. Kiedy wreszcie spada i wchodzimy na bramkę, Arkan natychmiast robi siusiu na piasku i tętno zaraz błyskawicznie leci w dół. Czy my się nigdy nie nauczymy, jak ważny jest ten element u koni rajdowych. Przy Mai nie ma tego problemu, bo ona robi siusiu nawet w trasie. Przez głupi, szkolny błąd, tracimy bagatela, kwadrans i oczywiście punkty za prędkość, o tych za wejście nie wspominając. Dobrze, że chociaż za ruch dostajemy 3 pkt.

Teraz będę startował tuż za Państwem Kacprzaków z wybrzeża, którzy są inspiracją dla Klaudynki – są nieco starsi od nas, a tak fajnie sobie razem jeżdżą. Pan Krzysztof jest weterynarzem, a startuje na klaczy będącej krzyżówką araba z achałtekinem, jestem ciekaw tego konia. Klacz Pani Magdy kopie, więc trzymamy dystans. Oczywiście Arkan ustawia się na ogonie, ale dzielnie galopuje za tamtymi, chwilami tempo przekracza 30 km/h, przynajmniej wg. Mojego endomondo. Przed metą znów się rozstajemy, ja wolę punkty za prędkość ( tym razem 6), oni wolą stracić jeden na rzecz punktów za tętno. Tym razem Arkan schodzi z tętna nieco prędzej, ale też bez rewelacji i punktów. W dodatku popełniamy kolejny błąd i zdejmujemy na bramkę buty. Przy polewaniu konia na p. serwisowych do butów dostaje się woda i kopytka po długim przebywaniu w wilgotności są rozmoczone jak po ręcznym praniu, a przez to wydelikacone. W efekcie piasek powoduje dyskomfort i koń dostaje ruch „b”. Zajmujemy „zaszczytne” ostatnie miejsce, ale i tak jesteśmy zadowoleni. Koń pokazał, że treningi idą w dobrym kierunku i stać go na dobre tempo. A tętno wyrobimy.

Jeszcze wykorzystujemy sytuację i czipujemy Arkana, gdy jest taki wymóg już od 1-go stycznia, ale jakoś nam umknął.

W czasie dekoracji przyjeżdża nasza stara (bo już od roku) przyjaciółka Aneta, chwila pogawędki, pakowanie (bezproblemowe) konia i do domu!!

Ogień i woda

Czyli dwa starty w Ciosnach

Woda objawiła się w poprzednim starcie, kiedy to jechaliśmy N-kę Bahrainem. Szczęściem, objawiła się w postaci dwóch, za to konkretnych kałuż. W pierwszej Bahrain zgubił buta i to był początek końca jego ścigania- bezpośredni rywale, z którymi się szachował, odjechali, a samotnie już tak ochoczo nie biegł. Zmoczone buty nie spełniały już dobrze swojej roli i ostatecznie rajd kończyliśmy „boso”. Wszelako nieco wydelikacone kopytka nie chciały szybko biec po twardym. Drugą kałużę przejechaliśmy dzięki chwilowemu towarzystwu Suny i Olki, których konie nie robiły scen z powodu głupiej, podmokłej łąki. No, podmokła ona była na tyle, że sędziowie zdecydowali się zmienić przebieg trasy tak, żeby N-ka i gwiazdka przejeżdżały nią tylko raz. Tak czy owak, choć na ostatnim miejscu, ale zmordowaliśmy dystans i mamy zagranego Bahcia do konkursów ściganych. Ale to dopiero w przyszłym roku. To koń, który lubi treningi zimowe. W sam raz na marcowe starty.

„Ogień” jest dzisiaj. Nie wiem, jaka jest teraz temperatura, ale gorrrąco. Na szczęście start przesunięto o godzinę i dało się ukończyć dystans przed apogeum upału.

A startowaliśmy debiutującym Arkanem. Koń do dzisiaj stanowił WIELKĄ NIEWIADOMĄ. Potrafi być bardzo elektryczny, kiedy byłem bardzo kiepskim jeźdźcem (teraz jestem tylko kiepskim), potrafił ponieść tak, że skutki naciągniętego ścięgna odczuwam do dziś, a droga hamowania wyniosła kilometr, albo dla odmiany, tak rozleniwiony, że porusza się w kłusie tempem grubo poniżej 10 km/h „do góry”, miast do przodu. Bardzo jest wtedy niewygodny. Lecz co najgorsze, Arkan nie może jeździć w naszych kulbakach, jakoś mu nie pasują do grzbietu. Kupiliśmy mu bezterlicowego Barefoot’a, ale ten nijak nie pasuje do mojego tyłka. Dlatego też jeżdżę nim w zwyczajnym siodle, co też do wygodnych nie należy. Byłoby rozwiązanie, brutalne, KASTRACJA, ale nie chcę jeszcze tego robić, jesteśmy dopiero cztery lata po ślubie. No i zmieniony jej skutkiem głos, mógłby nie brzmieć przyjemnie dla koni.

Ale wracając do zawodów. Pakowanie konia poszło gładko, Arkan wszedł do przyczepy bez zastanawiania. Drogę, po zakończeniu wszystkich remontów na przestrzeni trzech lat, kiedy jeździmy do Beaty, mamy idealną, tak że dopinająca sprawy domowe na ostatni guzik, wyjeżdżająca kwadrans później Klaudynka, dogoniła nas dopiero pod Strykowem. No i ten luksus jazdy sprawnym samochodem! Tuż przed wyjazdem odebraliśmy busa od mechanika, prądnica nie działała z powodu awarii komutatora. Podróż do Ciosen trwa niespełna dwie godziny, to w chwili obecnej najbliższej rozgrywane od nas zawody. Jedynie do snu lokujemy się znów beznadziejnie… pod latarniami i kiedy małżonka ma wykopuje mnie w drugi koniec „łóżka”, świecą mi prosto w oczy.

Rano przegląd, pani weterynarz rozpoznaje Arkana po (własnym) wpisie w paszporcie. Opisywała go u nas. Koń trochę „smoczył” na przeglądzie, ale przeszedł go pomyślnie. Ubraliśmy go i rozpoczęliśmy rozgrzewkę, najpierw w ręku, ale szybko uspokoił się i mogłem rozstępowywać go samodzielnie. Wystartowałem z Marysią, córą Artura(po za konkursem) i Kasią. Arkan dogonił i wyprzedził dziewczyny, ale po pół kilometra wystraszył belki słomy i pognał w pole. Chyba to wynik traumy po wskoczeniu i zawiśnięciu brzuchem na takiej beli przy załadunku w Aromerze (stare dzieje). Wracamy do szyku, acz już na pierwszej krzyżówce z asfaltem dziewczyny zostają w tyle, a my jedziemy samodzielnie. Koń kłusuje ochoczo, endomondo podaje tempo kilometra miedzy 15 a 16 na godzinę i tak przez około 10 km. Później muszę podkręcać tempo odcinkami galopu. Drugi serwis, na który jeździ Kladynka, jest na 15-m kilometrze. Schłodzony koń biegnie dalej, a po kilku kilometrach miła niespodzianka- tam, gdzie zwykle zsiadam z Bahraina i biegnę aż do trzeciego serwisu po odcinku szutrowej, niemiłej drogi, tym razem mamy obok świeże rżysko, którym możemy pogalopować. W ogóle Arkan chętnie galopuje rżyskami, których tutaj pod dostatkiem- akcja żniwna trwa, a zboża w tym roku piękne, co cieszy oko koniarzy. Tempo przejazdu mamy powyżej 15 km/h, aczkolwiek z wejściem na bramkę spada do 14.5. Nie spodziewaliśmy się, że Arkan będzie ładnie schodził z tętna, więc go przygotowujemy bez pośpiechu, a tymczasem koń robi niespodziankę i kiedy Klaudynka sprawdza, ma już poniżej 60 uderzeń. Przechodzi bramkę bez problemu, no, może z malutkim, bo jest zdziwiony, że mu każą biegać i moja dzielna, acz schorowana serwisantka musi ponawiać próbę. Ruch A.

Odpoczynek. Prowadzimy konia do boksu, siusiu, piciu i przygotowana rano świeża trawa, którą Arczi wciąga jak odkurzacz. Jest pobudzony, jakby nie mógł doczekać następnej pętli. Klaudynka oprowadza go po stajni dla uspokojenia, przez co tracimy kilka minut z wyjazdu w trasę, które będę musiał nadrobić. Teraz żółta pętla, 2x 10 km, z serwisem na starcie-mecie. Tempo utrzymuję dotychczasowe. Na drugą część trasy zabieram butelkę z wodą, trochę to niewygodne, ale przydaje się, bo upał wzrasta, odwrotnie proporcjonalnie do sił konia. Na ostatnich 5-u kilometrach nie chce już podgalopowywać. Ale meta coraz bliżej. Jeszcze tylko 300 metrów przed metą płoszy się przyłącza elektrycznego, które wszak mijał już trzykrotnie, ale widocznie teraz wyszczerzyło do niego zęby(?) i omal nie robi szpagatu wszystkimi czterema nogami. Upragniona meta, Klaudynka prowadzi Arcziego na bramkę, a ja już odbieram gratulację ukończonej próby. Antycypuję, bo wszak nie wiem jeszcze, czy koń ją przejdzie? Przechodzi z bardzo dobrymi parametrami. I tak Arkan zostaje sportowcem. Teraz miłe koniarzy rozmowy, w międzyczasie klecę relację na gorąco( znów to gorąco ;D). A na zakończeniu okazuje się, że zajmujemy drugą pozycję, za Arturem, a przed Kasią. Wracamy do domu z pucharem.

Pech – czyli jak to w Gieniuszach było.

„Miało być tak pięknie a wyszło jak zwykle, bo to normalne, że nie wszystko pyknie” jak śpiewa śląski bard Metrowy. Pech prześladował nas już od początku podróży. Najpierw Bahrain, zwykle bezproblemowo wchodzący do przyczepy, odmówił współpracy, co już na starcie zgotowało atmosferę. W końcu jednak, po przestawieniu przyczepy pod ścianę stajni udało się go zapakować. Wyruszyliśmy z prawie godzinnym opóżnieniem. Samochód kiepsko szedł na gazie, podszarpując, no ale perspektywa przejechania 600 km. na benzynie wyglądała dość kosztownie. Nie przejechaliśmy nawet 30 km., kiedy Bahrain zrobił potworny raban . Po wyskoczeniu z samochodu stwierdziliśmy, że złapaliśmy gumę w przyczepie. Złapaliśmy gumę to za mało powiedziane, rozerwało ją w strzępy i to klapiący o asfalt kawał opony tak przeraził konia. A stało się to w fatalnym miejscu na krajowej 50-ce przy wyjeździe z Chynowa pomiędzy ekranami i przed wiaduktem. Usiłowaliśmy wymienić koło ale okazało się, że felga jest tak zapieczona, że za cholerę nie chciała zejść. Stwierdziliśmy, że bez młota się nie obejdzie. Klaudynka wyruszyła na poszukiwania możliwego zjazdu i jakiejś pomocy. Szczęściem za wiaduktem był warsztat samochodowy i tam postanowiliśmy się przedostać. Pierwsza próba jazdy spaliła na panewce, bo guma dalej klapała i Bahrain panikował. Baliśmy się o niego ponieważ obtarł sobie biodro o drąg. Ale od czego jest magiczny scyzoryk od wszystkiego? Udało mi się odkroić całą oponę raz tylko ostrząc nóż. Kto widział rozwaloną oponę ten wie, że nie jest to takie proste ze względu na druty. Ok. Opona nie klekocze ale pozostaje cholerny wiadukt do przeskoczenia a Tiry suną nawet nie zwalniając. Klaudynka wsiada do przyczepy aby uspokajać spanikowanego konia a Magda asekurowała nas biegnąc za przyczepą w mojej służbowej kamizelce odblaskowej i z trójkątem w ręce, Wreszcie udało się wyczaić lukę między falami tirów i przejechaliśmy przez ten wiadukt.

Mili panowie w warsztacie pomogli nam wymienić koło i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę.

Naprawa koła

Po kilkunastu kilometrach zatrzymaliśmy się jeszcze u wulkanizatora aby dokupić brakujący zapas. I znów sympatyczni pracownicy (grunt to wysyłać w takie miejsca dziewczyny) wymienili oponę na zapasowym kole. Podczas gdy ja montowałem „nowe” zapasowe koło, Klaudynka odkryła straszną rzecz. Cała butelka naszego najlepszego wiśniowego wina made In Klaudynka wylała się na wycieraczkę samochodu. Podczas zamieszania związanego z wyciąganiem z auta podnośnika, kluczy i tym podobnych rzeczy coś zahaczyło o korek,… no i po naszym cennym trunku. A było wiezione specjalnie na integracyjne spotkanie na zawodach.

Dalsza podróż poszła już gładko. Zdążyliśmy nawet na przegląd, gdyż trochę się opóźnił.

Bahrain, mimo obtarcia biodra, przeszedł go pozytywnie, trochę tylko odwodniony, bo całą podróż nic nie pił i na miejscu też nie.

Ustaliliśmy kwestię jazdy w butach z komisją sędziowską i po odprawie ruszyliśmy zatankować i obejrzeć punkty serwisowe. Później rozbicie namiotów.

Przed wieczorem zabraliśmy Bahraina na popas, co omal nie skończyło się fatalnie. Otóż, cała bardzo duża łąka, na którym było wyznaczone pole serwisowe była ogrodzona. No, prawie cała, na samym końcu tej łąki była otwarta bramka wyjazdowa, dobre pół kilometra od nas. A nasze namioty stały sobie zaraz przy ogrodzeniu. Stwierdziliśmy, że koń zmęczony po podróży z przygodami i spragniony świeżej trawy będzie się ładnie pasł i puściliśmy go luzem. My tymczasem weszliśmy do namiotu rozprostować kości przy piwku obserwując pasącego się Bahcia. Koń początkowo pasł się spokojnie, ale po paru minutach, nie wiem czy na skutek ugryzienia komarów czy była inna przyczyna, zadarł kitę w górę i pięknym wyciągniętym kłusem pognał prosto do otwartej bramki na przeciwległym końcu pastwiska. Zapamiętał skurczybyk z zeszłorocznego startu że tam jest. Pognałem za nim świadom, że jak pójdzie na pętle to ….. no cóż, tylko 31 km!! Oczywiście nie zabrałem telefonu ale miałem kluczyki od samochodu, także nawet dziewczyny nie miałyby jak nas szukać. Szczęściem Bahrain, jak już znalazł się poza ogrodzeniem, zainteresował się ,oczywiście lepszą tam, trawą. A może komary mu odpuściły. Uffff. Mieliśmy dość. Zabraliśmy go do boksu.

Wieczorem jeszcze Pan Jerzy wyciągnął nas na pogaduszki przy herbacie no a potem do namiotu spać. Dziewczyny zasnęły a ja spałem na pół gwizdka przez przejeżdżające w pobliżu (200m) samochody. Gieniusze leżą przy ruchliwej drodze do przejścia granicznego w Kuźnicy Białostockiej. Wstałem nakarmić Bahraina przed czwartą. O szóstej wstaliśmy wszyscy. Miałem jechać z dziewczyną od Mariusza Wnorowskiego z którym pogadaliśmy chwilkę, zakładając jednocześnie buty Bahrainowi. Ta chwila dekoncentracji skończyła się „przelaniem pierwszej krwi”. Kiedy siedziałem pod brzuchem Bahraina rozmawiając z Mariuszem i jednocześnie próbując wetknąć tyr-tyrkę w ucho buta, ten chcąc opędzić komara z brzucha, sprzedał mi kopniaka prosto w kość policzkową, tak, że polała się juha. Co tam. Adrenalina przedstartowa znieczula wszystko.

Pojechaliśmy, dziewczyna na Adilu przodem, my nieco z tyłu. Mając inne założenia taktyczne, nie było sensu jechać razem. Niemniej na serwis przyjechaliśmy razem.

Później ona pogalopowała do przodu a my jechaliśmy sami. Kiedy w niebezpiecznym miejscu biegłem z Bahciem, nagle słyszę z tyłu: ”a ja się trochę pogubiłam” i Adil dołączył do Bahraina. I znowu jechaliśmy razem, dzięki czemu Bahrain bez problemu przeszedł za koniem przez strumień.

Adil bardzo szybko zszedł z tętna i para weszła na ramkę „z marszu”. Nam zajęło to ze trzy minuty. Po odpoczynku wyjechaliśmy sami, ale Bahrain już tak nie ciągnął do przodu. Na serwisie zaczął wreszcie pić i to dużo jak na niego.

Straciliśmy więc sporo czasu i tempo na pętli spadło z 15,33 na 13,66. W dodatku osamotniony Bahrain odmówił przejścia przez strumień i musieliśmy jechać alternatywą. Na bramce vetka stwierdziła jakąś bolesność grzbietu i napięcie mięśni zadu. Ale przeszedł, z tętna schodził dużo łatwiej. Niestety po odpoczynku bolesność utrzymywała się, wprawdzie dał się osiodłać i dosiąść

ale chodził niepewnie.

Wahanie – jechać czy zrezygnować? Wprawdzie mogłem z nim te ostatnie 20 km pobiec, ale co jak nie pokłusuje ostatniego regulaminowego odcinka? Po przestępowaniu kilkuset metrów podejmujemy decyzję, rezygnacja. Trudno, taki jest sport. Rajdy to para i to koń jest ważniejszy. Teraz Bahrain odpoczywa obłożony glinką w boksie,

dziewczyny śpią w samochodzie

a ja piszę relację na gorąco. To zapewne nie koniec pecha, drugim celem było zdawanie na złotą odznakę, ale drugi z egzaminatorów Witek pojechał chyba do domu, a nam do jutra nie opłaca się czekać. Zresztą namioty już zwinięte i samochód spakowany.

PS. Do domu docieramy grubo po północy. Magda z marszu wsiada w samochód i mimo burzy wraca do stęsknionego męża. Wypakowujemy Bahraina, krótki spacer po podróży i idziemy spać.

W niedzielę Bahrain wyleguje się na ujeżdżalni a my budujemy lonżownik. Przy wieczornym karmieniu wreszcie daje sobie wyczesać zaschniętą glinkę, także jest nadzieja, że wkrótce będzie dobrze. Umówiliśmy się jednak na kontrolę z naszą weterynarz Agnieszką.

Mam nadzieje, że limit pecha wyczerpaliśmy na cały sezon. Czas pokaże.

GARTOW

Na zagraniczny start namawiała nas znajoma. Beata już jesienią 2011 roku wybierała się do Danii mając wolne miejsce w przyczepie. Kusząca oferta, jednak stwierdzamy, że jeszcze nie jesteśmy gotowi. Zbyt mało czasu na załatwienie licencji FEI, no i forma Mai jeszcze nie na poziomie bądź co bądź kosztownego startu. Ale ziarno zostało zasiane i z przysłanych zimą przez Beatę propozycji wybieramy Gartow.

Czytaj całość…