Historia najnowsza

Historia najnowsza

czyli

Połączył ich sport

 

Błądząc w przestworzach internetu Klaudynka i Zulus (taki nick przyjął Krzysztof na forach biegowych) natknęli się na siebie w noworoczny poranek 2006 roku. Od słowa do słowa, od maila do maila odkrywali, że wiele ich łączy, przede wszystkim  pasja sportowa. On przygotowywał się do pierwszych od pięciu lat zawodów, ona na razie tylko marzyła, że kiedyś do sportu wróci.  Wiadomości płynęły codziennie, ale Zulus miał ograniczony dostęp do netu, właściwie tylko o czwartej rano, przed wyjściem do pracy. A wtedy umysł najjaśniej pracuje. Powoli rodziła się miłość, choć może wtedy to była raczej tęsknota za miłością?

15 stycznia Zulus staje na starcie XXIII Biegu Chomiczówki. Symboliczne miejsce, bo tutaj miał miejsce ostatni start w styczniu 2001. Z czasem 1.00.29 Zulus zajmuje 68 miejsce na 15 km trasie, ale za nim jest jeszcze 355 zawodników. Po biegu wielka chwila, telefon do Klaudynki, pierwsza rozmowa, motyle w brzuchu  itd. 🙂 .

Nadchodzi czas na pierwsze spotkanie, Zulus z perfidią właściwą facetom wybiera datę 14 lutego – bo to i walentynki i bałkańskie święto wina : Trifon Zarezan, więc  i o rocznicach poznania łatwo będzie pamiętać. Proroczy to wybór, bo Klaudynka okazuje się osobą z totalnym brakiem pamięci do dat, za to w późniejszych latach wielce uzdolnioną producentką win wszelakich.

Do czasu spotkania oboje obiecują sobie: żadnych zdjęć!! I oboje ten zakaz łamią. On przekopuje wszystkie wyniki rajdów o których wspominała (nazwisko zna z maila) i galerie z nich i znajduje. Ujmuje go zwłaszcza to z Koczka ,przytulająca Barbakana po wygranym wyścigu.

Ona ma gorzej – musiała wzorem Kopciuszka oddzielić mak od prosa i znaleźć  go w galerii ponad tysiąca zdjęć z biegu, wiedząc tylko, że nosi dredy. Znalazła!! Zdjęcia były okropne, był mróz, dredy jak i zarost sztywne i oszronione, ale jakoś ten widok jej nie przeraził.

Czternastego  lutego Zulus wsiada w autobus (był wówczas  spieszony) i jedzie do Rawy Mazowieckiej. Na pół drogi między Łodzią a Błędowem, (gdzie  pod ten czas rezyduje). Z momentu przyjazdu Klaudynki pamięta szeroki uśmiech w czerwonym samochodzie, wsiada, z zaskoczenia całuje ten uśmiech i tak zaczyna się pierwsza randka. Termin okazał się troszeczkę niefortunny – większość okolicznych lokali jest  zarezerwowana na walentynkowe imprezy. W jedynym wolnym częstują ich kawą parzoną w peerelowskich szklankach przy kominku z rzeźbami głów koni. Następnie Klaudynka odwozi Zulusa do Błędowa (po drodze zatrącając o jego wilkowski, zasypany śniegiem dom( a zima tego roku była sroga i długa). Potem on odprowadza ją na pół drogi do jej rodziców i znów ona go odwozi, ale w końcu musi odjechać naprawdę. Nie na długo, za tydzień znów się spotykają ,i znów ,i znów, zazwyczaj w urokliwej przydrożnej gospodzie Polska Chata, gdzie dyskretna obsługa nie przeszkadza im się godzinami całować. W marzeniach jest już wspólny wypad z noclegiem ,na maraton do Sielpi, ale to marzenie spełnia się dużo wcześniej, bo już w marcu w Warszawie.

I Półmaraton Warszawski i wspólna noc przed nim pozostaną w pamięci na zawsze (tutaj narrator uśmiecha się do swoich myśli). Znów niezły start, ale tym razem już okupiony bólem kolana, na razie pomagają jeszcze maści.

Pomiędzy startami w Warszawie i Sielpi, pierwszy zgrzyt w relacjach – Klaudynka oddaje Barbakana na emeryturę do sąsiadów swoich rodziców (u których wtedy mieszkała), hodowców koni zimnokrwistych. Zulus czuje się tym faktem urażony – nie tak samym oddaniem, co nie skonsultowaniem tak ważnej decyzji z nim. Marzenia o powrocie do rajdów i oddanie konia (Barbakan ma wówczas 14 lat) gdy byłyby  warunki do jego utrzymania u siebie!? Musi to strawić. Ale nie ma zwyczaju długo się boczyć i wkrótce znów jest dobrze.

Maraton w Sielpi omal nie kończy się zejściem z tego łez padoku. Zulus na treningach wykręca świetne czasy i planuje dobry rezultat. Jednak po pierwszej z trzech pętli wie, że coś jest nie tak, wytrzymuje jeszcze jedną i na 32 km pada w Niebie. Tak, tak, w Niebie, bo maraton wiedzie przez wioski Niebo i Piekło i tak się bodaj nazywa. Po kwadransie odpoczynku udaje się wstać i dowlec się do mety. Okazało się, że to źle skalibrowany licznik roweru, którym mierzy trasę niedoszacowuje każdego kilometra o bagatela 130 metrów co w rezultacie daje około pół minuty!!!

Ten sezon jest już stracony, wprawdzie są następne starty, ale przy szybszym tempie serducho daje znać. Na jednym z nich udaję się namówić Klaudynkę na start w mini-półmaratonie w Skarżysku-Kamiennej, potem w mini-maratonie w Lesznowoli, po którym mówi: nigdy więcej!

W roku następnym Klaudynka emigruje „za chlebem” do Grecji, zostawiając Zulusa samego na długie, tęskne miesiące, których jedyną osłodą są dość udane starty. Na początek maraton we Wrocławiu, jeszcze zachowawczo, bo nie wiadomo jak organizm zareaguje,w grupie na 3.45 gdzie poznaje najbardziej rozgadanego, jak się okazało dyrektora Kaliskiej Setki i wielu innych imprez, Mariusza Mirzę-Kurzajczyka. Następnie Łódź, już na pełnych obrotach i czas 2.55.56 co dało 12-e miejsce open i pierwsze w kategorii  wiekowej. To tak rozzuchwaliło Zulusa, że następnym wyczynem był wypad do Bełchatowa celem poprawienia życiówki. Niestety, 125 kilometrów jazdy rowerem nadwątliło siły i po  30 kilometrze trzeba było zwolnić. Życiówka nie padła, ale i tak tego dnia sportu było co niemiara: rower-125 km. Bieg-42 i znów rower -105 km. Noc i deszcz nie pozwoliły tego dnia wrócić do domu. Zulu spał w szatni piłkarskiego klubu w jakiejś wiosce.

Kolejnym startem był Bieg Świętojański w Kaliszu organizowany przez Mirzę a polegający na biegu non-stop w czasie najkrótszej nocy roku czyli około 7 godzin42 minuty. Przyjazd na start ze spóźnie- ni em  40 minut. W dodatku nadciąga burza, więc Zulus postanawia zaliczyć przynajmniej dystans maratonu i sobie odpuścić. Robi to w 3.09 i chce zejść, ale okazuje się……że prowadzi!! Po odpoczynkowym kółku, podziękowaniu wiernym kibicom dopingującym mimo bardzo późnej godziny, a może wczesnej-jest pierwsza w nocy, kontynuuje bieg i wygrywa go pokonując ponad 75 km!! Pierwsza wygrana w ogólnopolskich zawodach – miłe uczucie.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia i już w sierpniu nadarza się okazja wystartować w biegu stukilometrowym w Sielpi i znów wygrać wespół z organizatorem Wojtkiem Paskiem. Jeszcze tego samego roku powstaje team Maratony Polskie przy największym portalu biegowym i Zulus zostaje jednym z pierwszych jego członków.  Nie bez znaczenia to fakt, bo w przyszłości team zorganizuje jego wesele!!

Pokłosiem przynależności teamowej były starty w jego barwach takie jak: Bieg Rzeźnika(kolejno )z Robertem Trebim Korabem, Magdą Kutzmann i Gabą Kucharską, Sztafeta Ekiden, Bieg Katorżnika, czy Podziemna Sztafeta w Bochni.

Próbuje też sił w roli pacemakera, prowadząc grupy w Poznaniu, Warszawie i kilkakrotnie indywidualnie.

Mijają lata, no dobrze, miesiące.   Klaudynka ma dosyć rozstania i postanawia wrócić już do wspólnego gniazdka gdzie zostawiła Zulusa pod opieką tri-kolorowej kotki Mary-Jane i psa Krusa.  Nim to nastąpiło, Klaudynce zamarzył się własny pies, którego poznaje (tak jak przyszłego męża) w sieci. Jest nim Yunan, przesłodki mix shar-peia mieszkający w schronisku Emir w Żabiej Woli. Termin powrotu Klaudynki zlewa się w czasie ze startem Zulusa w Mistrzostwach Teamu na dystansie półmaratonu w Pile, do którego to wcale jej się nie przyznaje nie będąc pewnym wygranej, a w przeciwnym wypadku-chcąc sprawić jej tym większą niespodziankę. Podróż ponad 400 kilometrów nie przeszkodziła zdobyć mistrzostwa, powrócić późną nocą i po godzinie snu  wyjechac  po Klaudynkę do Warszawy-powrót do domu, krótkie powitanie i już o 6-ej wyjazd po Yunana.

Wkrótce Klaudynka podejmuje pracę w sklepie zoologicznym i to znów przewraca ich życie do góry nogami bo „przynosi robotę do domu”. W efekcie do Yunana wkrótce dołącza suczka Yerba, a gdy Zulus wyjeżdża z córką Niki na maraton poznański, Klaudynka jedzie na giełdę zoologiczną, z której wraca …. z dwoma wężami.

Zwierząt ciągle przybywa (przekraczając w porywach nawet setkę osobników), ale to wszystko jest  tylko substytutem. Miłośc do koni wciąż gdzieś się tli. Klaudynka podejmuje dodatkowe zajęcie instruktorki jazdy w pobliskim gospodarstwie agroturystycznym, ucząc przy okazji jazdy Zulusa i Niki. Zulusowi bardzo się to przyda bo już knuje, aby zaciągnąc Klaudynkę do ołtarza. Ale nie tak zwyczajnie – chce pogodzic dwa światy, biegaczy i jeźdźców, ale jak to zrobic?? Dzieli się pomysłem z właścicielem portalu maratonypolskie.pl  Michałem Walczewskim”Adminem”, a ten pomysł „kupuje”. Będąc dyrektorem Biegu Katorżnika w Lublińcu uruchamia machinę organizacyjną i wszystko udaje się załatwic – ślub w plenerze, nad jeziorem Posmyk, konie, którymi młoda para do niego podjedzie, apartament dla nowożeńców, ba nawet specjalny numer startowy dla Klaudynki, która wprawdzie w biegu nie startuje, ale numer jest dopełnieniem sportowych strojów jeździeckich w których biorą ślub.

Ślub i „wesele” są integralną częścią imprezy biegowej, więc śmiało można powiedziec, że weselisko było na ponad tysiąc ludzi bo samych uczestników biegu było właśnie tyle.

Jednak krótko po ślubie nad młodą parą zbierają się czarne chmury. Lekarze wykrywają u Klaudii nowotwór. Szczęściem w nieszczęściu w fazie, która rokuje szanse na wyleczenie. Jednak to okres traumatyczny, chemia, potem radioterapia, (codzienne dojazdy do Warszawy i kilometrowe korki), kontakt z innymi pacjentami. Zulus to doskonale zna, przecież nie aż tak dawno jego matka zmarła na raka, a wcześniej woził do Centrum chorego sąsiada i widział „cienie ludzi” snujące się po korytarzach.

Tuż po ostatnim z zabiegów, wiosną 2010 roku, myśląc o czekających pracach na działce, Zulus wypatruje na Allegro parę uroczych koziołków za symboliczną złotówkę. Wprawdzie koziołki błyskawicznie znikają, pomysł żywej kosiarki kiełkuje. Niedaleko (w zasięgu Zulusowych nóg) jest do sprzedania klacz, z opisu bardzo spokojna, ale po zapytaniu, oferent stwierdza, że klacz wymaga doświadczonego jeźdźca, a myśleli o koniu dla Niki . Odpuścili.   Teraz po necie błądzi Klaudia i wypatruje bardzo interesującą ofertę i z miejsca umawia się na obejrzenie konia w najbliższy weekend. Oboje  jadą do Szkockiego Rancza i tam poznają Maję. Klaudynce Maja przypomina Barbakana i serduszko szybko topnieje. Dogaduje się z właścicielami, że za tydzień ją zabiorą. Teraz trzeba szybko zapewnic Mai pomieszczenie i najlepiej końskie towarzystwo. Zulus bierze krótki urlop i adaptuje stary garaż na boks dla koni. W tym czasie Klaudynka kontaktuje się z dawną znajomą prowadzącą fundacje i dowiaduje się, że jest do adopcji ślepy, ale świetny kuc Lubar. Tydzień wystarcza aby ogarnąc wszystkie sprawy i tak w sobotę na wilkowskiej ziemi „ląduje” ( czyli wysiada z koniowozu) Maja, a w niedzielę, po długiej podróży z Kazimierzy Wielkiej, przyjeżdża Lubar – prezent dla Niki.

Maja jest niezajeżdżona, ledwo przyjęła jeźdźca. Klaudynka cwiczy z nią na lonży, a potem wsadza Zulusa.

Po zaledwie trzech tygodniach, 7 czerwca,  Maja wychodzi w pierwszy teren . Skoro jest już koń, szybko rodzi się myśl o rajdach. Załatwienie formalności w PZJ i treningi są dla Klaudynki znakomitym paliwem – pozwalają odsunąc myśli o chorobie, ba! kontrolne wizyty są tylko drobnymi przeszkodami  w przygotowaniach. Pierwsze prawdziwe treningi wyglądają tak, że Klaudynka jedzie na Mai, a przed nimi biegnie Zulus dyktując tempo. Początkowo on wraca świeży a Maja mokra jak….. Po miesiącu jest  odwrotnie i klacz zaczyna rywalizowac z Zulusem. Na debiut wybierają start w Gieniuszach i jest to debiut udany. Konkurs P (56 km)jest rozgrywany jeszcze wg starej punktacji i para Klaudynka-Maja, jadąc ostrożnie, mimo wolnego tempa, a dzięki doskonałym parametrom konia ,zajmuje dobre piąte miejsce w stawce trzynastu koni.

Po powrocie z zawodów wizyta kowala i kilka dni potem Maja zaczyna kulec a lekarz orzeka, że prawdopodobnie ten koń nie będzie nadawał się do sportu,. (później okazało się, że było to tylko zagwożdżenie).  Mając plany startowe a nie mając chwilowo konia zdatnego do treningów rozglądają się za następnym rumakiem. Znajdują Bahraina, po którego wyruszają do dalekiego Karpacza już własną bukman’ką. Młoda właścicielka zapewnia, że koń jest zdrowy, nigdy nie kulał tylko jest trochę chudy, bo nie lubi przebywac w stajni. Zrządzeniem losu, nie można tego zweryfikowac na miejscu, bo mały deszczyk zamienia się w ulewę. Bez oglądania konia pakują go do przyczepy. W domu dopiero okazało się, że koń jest w fatalnym stanie. Strasznie zarobaczony (po podaniu środków odrobaczających pokłada się wszędzie przez trzy dni i są obawy czy nie padnie), w kopycie ma dziurę i podbity jest na wszystkie cztery nogi. No i w dodatku ten jego charakterek po dziadku Banacie, na którego jest zinbredowany.  Jasnym jest, że tego roku nie ma mowy o żadnych zawodach. Czeka go rekonwalescencja. Jesienią Klaudynka ściąga młodą, ale już doświadczoną wet’kę, która ordynuje terapię Bahrainowi,  a z drugiej strony bada dokładnie Maję i nie znajduje żadnych przeciwskazań do sportu. Zimą Bahrain kuruje się do marca,

a Maja regularnie trenuje już od stycznia, by w sezonie przejśc zagrywkę plus dwa konkursy ścigane – wszystkie ze znakomitymi parametrami i chocby śladem kulawizny. Z Bahrainem już nie jest tak różowo. Pierwszy start, tylko 40 km jeszcze dobrze, ale przed drugim startem pech – koń zrzuca Zulusa i uciekając skacze przez siatkę, robiąc sobie szkocką kratę na brzuchu. W wyniku przerwy, słabo przygotowany, staje na starcie drugiej P-ki. Chyba sam zdaje sobie sprawę ze słabej formy, bo wygląda jak „kupka nieszczęścia”, niemniej kończy rajd, acz na ostatnim miejscu. Po rajdzie w boksie wtula łeb w Zulusa i wszelkie lody pękają. Zulus do dziś czuje ściskanie w gardle na to wspomnienie.

Potem jest rozbudowa stajni, akurat Bahrain mieszka w boksie środkowym i trzeba koło niego przechodzic, okazuje się, że reaguje na zwykłe przepraszam. Ale ileż można konia przepraszac? Zulus wypuszcza go na wolnośc i teraz Bahrain towarzyszy mu we wszystkich czynnościach-zagląda do betoniarki, rozgrzebuje piasek, wypija wodę, wywala taczki z betonem, jest bardziej wścibski, niż nadzór budowlany. Ale to wszystko rodzi więź,  która w przyszłości zaprowadzi  ich „na pudło”.

A skoro jest boks, to może nowy koń? Klaudynkę zachwyca koń  w górskim strumyku na jakimś crossie . Ach! Gdyby nasze konie zechciały zmoczyc kopytka!!  Tym koniem jest Arkan. 3 IX 2011 dołącza do ekipy. Arkan jest skoczkiem i to waży na jego losie.  Jesienią 2011 zapadają ważne decyzje: trzy konie w treningu to za dużo na techniczne możliwości Klaudynki – Zulus musi zostac jeźdźcem!! To wymaga zdobycia brązowej odznaki jeździeckiej.  O perypetiach z tym związanych będzie w innym miejscu (w relacjach). Najważniejsze, udaje się i w nowy, 2012 r wkroczy para jeźdźców i trzy konie z licencjami sportowymi. Ale wczesniej,  w Wigilię 2011r Zulus na popularnym portalu Re-Volta dodaje do katalogu stajni – Stajnię Rajdową Wilków i ten fakt staje się jej historycznym początkiem.