kokoczek-1

Historia troszkę starsza

Historia Klaudynki

Miłość do koni tkwiła w Klaudynce od zawsze, ale kiedy była dzieckiem, dostępność do koni wierzchowych była przywilejem nielicznych – nie było szkółek i pensjonatów na każdym kroku, a jedynie duże ośrodki państwowe.

Szczęściem dla niej, jej wujek pracował w jednym z nich, bardzo znanym z ówczesnej TV PSO Bogusławice. Klaudynka, rodowita łodzianka, jeździła na wakacje do Piotrkowa Trybunalskiego do dziadków, skąd dojeżdżała do Bogusławic, gdzie miała okazje dosiadać tamtejszych ogierów. To była dobra „szkoła przetrwania”.

Wreszcie, w nowych czasach, już po założeniu rodziny, pojawia się możliwość zakupu własnego konia. Jest nim Gracja. Wstawia ją do pensjonatu Champion, gdzie właściciel namawia ją do udziału w zawodach w rajdach endurance. I tak w 1997 roku Klaudynka debiutuje na Gracji w rajdzie w Łodzi, w klubie Lambda na dystansie 40 km, zajmując drugie miejsce w stawce 20 koni.

W tym samym roku startuje jeszcze w Zastawnie na Gracji i w Kierzbuniu na Torpediście. No i na dobre „wsiąka” w środowisko rajdowe.

Następne lata nie są tak szczęśliwe: start na dzierżawionym Peloponezie w Zabajce kończy się eliminacją. Był to zupełnie „odjechany” rajd. Zawiodła głowa. Współprowadząca Klaudynka na serwisie skarży się trenerce, że koń jej nie idzie!! Tymczasem na bramce sędziowie odnotowują średnią prędkość prowadzącej pary : 29,27 km/h. Oczywiście konie nie zeszły z tętna w regulaminowym czasie.

Rok 1999 to czarny rok. Zakupuje klacz Turę, przygotowuje ją i na pierwszych zawodach, przy siodłaniu przed startem, klacz zostaje kopnięta przez innego konia. Ze złamaną kością rysikową ląduje w klinice w Warszawie. Operacja, leczenie, powrót do treningów i kiedy jest już dobrze płonie stajnia. Ginie sześć koni (w tym Tura) i dwa psy.

W 2000 roku udaje się jej zakupić Barbakana (po Europejczyku) i wygrać dystans 40 km w organizowanej przez KJ Champion pierwszy raz imprezie „Łódka Endurance”

Barbakan we wcześniejszych startach nie odnosił żadnych sukcesów, ale para Klaudia-Barbakan świetnie się dogaduje i 2001 rok to bardzo dobry dla nich rok. Wprawdzie Tychy kończą się eliminacja, ale starty w Łebie – 80 km, Wilczeńcu – 100 km i w Koczku – (wygrane) 2×81 km dają Barbakanowi siódme miejsce w rankingu koni.

I znów przychodzą lata chude- firma, w której Klaudia pracuje chyli się ku upadkowi i przestaje ją być stać na starty, wydzierżawia więc Barbakana poprzestając na trenowaniu go. Psuje się małżeństwo. Szukając nowych życiowych możliwości, zakłada z rodzicami firmę „JARPOL” szyjącą osprzęt dla koni. Jednak i tu po okresie prosperity, następuje ekspansja taniej chińszczyzny i wielu klientów woli kupić trzy chińskie wyroby zamiast jednego porządnego. Nie udaje im się utrzymać firmy.

I w tym nieciekawym okresie pojawia się światełko w tunelu – Klaudia poznaje Krzysztofa

Historia Krzysztofa

Krzysztof urodził się na wsi, w typowym niewielkim gospodarstwie, więc ze zwierzętami był za pan brat od najmłodszych lat. W wieku przedszkolnym najchętniej spędzał czas bawiąc się ze zwierzakami i rodzice często mogli znaleźć go w klatce z królikami,czy budzie psa. Był dzieckiem bardzo ruchliwym, a pod koniec podstawówki odkrywa w sobie pasję sportową. Gazeta „Żołnierz Polski” organizuje wspólnie ze szkołami akcję „Sprawni jak żołnierze”, wiedzowo-sprawnościową. Dziwna polityka szkół (po dziś dzień), nie pozwala dzieciom rywalizować na dłuższych dystansach, ale dzięki akcji, filigranowy wówczas „Krzysio” ,(dziś byk prawie 60 kg), nie błyszczący w biegach sprinterskich, ma możliwość zmierzyć się z kolegami na dłuższym dystansie. Wygrywa ten bieg poznając swoje przeznaczenie – maraton.

A jest rok 1979 – rok Pierwszego Maratonu Pokoju w Warszawie. Jednak na swój debiut na królewskim dystansie musi poczekać jeszcze długo, aż do 1992 r. W międzyczasie próbuje innych dyscyplin:piłki ręcznej, karate,a nawet kulturystyki,trenując w TKKF Spartakus Radom. Niemniej bieganie przewija się przez cały czas.

Na pierwszy start w ogólnopolskich zawodach namawia go siostra Ursel. Bardzo medialny bieg Belweder-Stare Miasto organizowany i relacjonowany na żywo przez Telewizyjny Kurier Warszawski. Krzysztof jedzie „z pewną taką nieśmiałością”, nie mając nawet odpowiedniego stroju sportowego ani butów. Rozgrzewka w Parku Łazienkowskim – rywale atletycznie zbudowani, w markowych ciuchach adidasa (najpopularniejsze wówczas), czyniący rozgrzewkowe wygibasy i on, przyglądający się z boku, nie znający nikogo. Ale po starcie role się odwracają. Startując z tylnych szeregów (start na dziedzińcu Belwederu,a potem przez wąskie gardło bramy) stopniowo mija tych atletów, zajmując ostatecznie 21-miejsce w stawce stu kilkudziesięciu biegaczy. Dzięki medialności biegu ma okazję pokazać się w TV, dzięki czemu przełamie ironiczne podejście mieszkańców okolic, gdzie żyje i trenuje. Dotychczas zazwyczaj znacząco pukali się w czoło lub rzucali głupie komentarze, a teraz jest „ooo! Patrzta, Krzysiek był w telewizji!!” To owocuje zaproszeniem na sesję Rady Gminy, które postanawia zrobić coś z życiem sportowym mieszkańców. Wynik tej sesji to narodziny dwóch klubów piłkarskich i Biegu Przełajowego o Puchar Wójta – już z inicjatywy Krzysztofa (później jeszcze powstaną przy szkołach pierwsze siłownie).

I wreszcie wystarcza odwagi na start w maratonie. Spuśćmy zasłonę milczenia na kulisy tego startu. Zamiast 2.45,debiut kończy się wynikiem 3.00. Następne starty, z jeszcze lepszym przygotowaniem, kończą się wcale nie lepiej. Euforia w czasie biegu jest tak wielka, że Krzysztof daje się jej ponosić, biegnie zbyt szybko i trafia w tzw. „maratońską ścianę”.

Dopiero słabszy rok 1995 każe pobiec ostrożniej, w efekcie wystarcza sił na przyśpieszenie w końcówce i ustanowienie życiówki na 2.47.

Kończy się XX wiek, tysiące przebiegniętych kilometrów po asfalcie odbija się na kolanach i kiedy bieganie z konieczności idzie w odstawkę, wali się świat Krzysztofa – rozpada się małżeństwo (żona zabierając dzieci odchodzi do kochanka) a nowotwór zabiera matkę.

Następują lata totalnego marazmu, w dodatku powrót do palenia (nie tylko papierosów). Po długich sześciu latach mocne postanowienie zrobienia czegoś ze swoim życiem. 30.XI.2005 roku Krzysztof wypala ostatnią paczkę fajek (czarne Davidoff-wówczas najdroższe na rynku, jak szaleć to szaleć) i od następnego dnia rozpoczyna treningi biegowe.

Po miesiącu pojawia się światełko w tunelu – Krzysztof poznaje Klaudynkę