Wspominki przy winku

24 luty 2013

LUBAR

Lubar  przybył do nas z fundacji Nasza Szkapa, jako towarzysz dla Mai i wierzchowiec dla Niki. Przypadkowo okazało się, że szefowa fundacji jest dawną znajomą Klaudynki(startowała kiedyś na Barbakanie)i ma do adopcji fajnego, mimo ślepoty, konika. Bez wahania postanowiliśmy przyjąć Lubcia i dzień po przybyciu Mai, Klaudynka pojechała do Kazimierzy. Wyjazd był ostatnim dzwonkiem, bo rok 2010 był rokiem powodzi i następnego dnia zalało drogi do gospodarstwa Agnieszki na długo. Rzeczywiście, po okresie adaptacyjnym, Lubar okazał się dobrym wierzchowcem, byle tylko jeździec wiedział co robi i pamiętał ostrzegać Lubara o przeszkodach. Z racji urody, stał się ulubieńcem okolicznej dzieciarni, która początkowo bardzo interesowała się konikami, rzeczą zupełnie nową na naszym terenie. Jedynie Klaudynka unikała jazd na nim, cierpiąc na „siodłowstręt”, jako że Lubcio z racji tuszy, w kulbakę nie mieścił się i jeździliśmy nim w zwykłym siodle.

Przełomowym momentem w „karierze” jeździeckiej Lubara u nas, był start w towarzyskim rajdzie w Przykorach, który organizowała tamtejsza zaprzyjaźniona z nami instruktorka. Niki miała wówczas 12 lat i Klaudynka obawiała się puścić ją na Lubarze, zamiast tego, miałaby pojechać na miejscowym kucu. Ale postawiliśmy na swoim i ostatecznie zdecydowaliśmy, że pojedzie Lubciem, ale będę im towarzyszył pieszo (byłem wówczas w trakcie przygotowań maratońskich, więc to „bułka z masłem”), na wypadek, gdyby były jakieś problemy, czy zwyczajnie nie nadążył. I tak piątką, Klaudynka na Mai, Niki na Lubarze i ja na własnych nogach, stanęliśmy wraz z innymi ośmioma parami na starcie. Trasa wiodła głównie malowniczymi lasami, czasem wśród pól. Lubar spisywał się bardzo dzielnie, wprawdzie nie uczestniczyliśmy w galopadach, które urządzali sobie pozostali uczestnicy, Lubar,bo  wiadomo, a Maja,żeby niepotrzebnie nie ryzykować (z tegoż powodu nie uczestniczymy też nigdy w hubertusach), ale trzydzieści kilometrów , to zawsze trzydzieści kilometrów.  Lubciowi tak się chyba spodobało, że za cholerę nie chciał później wsiąść do bukmanki, mimo, że wcześniej nie było z tym problemów.  Jeszcze długo potem zapitalał na jazdach tak, że ledwie za nim nadążałem.

Lubar  był(a właściwie wciąż jest) też probierzem wrażliwości ludzkiej-jeśli ktoś miał opory przed ślepym koniem, to tym bardziej nie wsadzałem go na pozostałe, przypuszczając chyba słusznie,że chce to zrobić dla lansu, a nie z miłości do koni.

Z czasem Lubciowi znudziło się wożenie mniejszych czy większych tyłków, nie wprawionych do tego i wyspecjalizował się w szybkim  pozbywaniu „balastu”. Ze wstydem przyznaję że i ze mną udała mu się ta sztuka. Udał zmęczonego i kiedy mu chciałem odpuścić, wysadził mnie pięknym saltem na zieloną trawkę. Z drugiej strony Nikoli też przeszła pasja jeździecka, a może tylko zaczął burzliwy okres dorastania i Lubar poszedł w odstawkę.Teraz  czas spędza głównie napychając żołądek lub śpiąc, szkoda tylko, że w odwrotnych porach niż my.

 

29 styczeń 2013

Lubimy sobie czasami powspominać nasz własny ślub. Było to tak niedawno, a wydaje się, że wieki temu. Pozwoliliśmy sobie przedstawić poniżej artykuł siostry Krzysztofa, Urszuli, napisany dla portalu MaratonyPolskie.pl.

Ach, co to był za ślub…. Ach, co to był za bieg!
 

Autor: Urszula Wojtecka
Data : 2009-08-20

Niecodzienna uroczystość miała miejsce w przeddzień tegorocznego V Biegu Katorżnika w Lublińcu – Kokotku. Zawodnik reprezentujący MaratonyPolskie.PL TEAM Krzysztof Zulus Wojtecki postanowił zawrzeć związek małżeński z Klaudią Jakubowicz – Klaudynką właśnie tu nad jeziorem Posmyk, a potem uczcić to wydarzenie rodzinnym udziałem w Biegu Katorżnika.

Pomysł spodobał się chyba organizatorom Biegu oraz przyjaciołom z Teamu, gdyż dzięki ich wszechstronnemu zaangażowaniu i pomocy narzeczonym udało się niemal wszystko zorganizować na odległość.


A było to tak:

W sobotę 15 sierpnia, przed południem, w hotelu „Silesiana” i na plaży zaczęli kręcić się różni dziwni ludzie i zaczęły dziać się dziwne rzeczy, budząc zaciekawienie odpoczywających nad wodą turystów. Pod dużym, czerwonym namiotem z logo MaratonówPolskich ustawiono biało nakryte stoliki i sprzęt grający. „Chyba będą kręcić film” zaczęto przebąkiwać na plaży.

Tuż przed trzynastą pod namiotem pojawiła się ubrana w długą, elegancką suknię Pani Barbara Kozielska – kierownik USC w Lublińcu. Zaczęli gromadzić się weselni goście. Wśród nich stroje wizytowe mieszały się z czerwonymi, sportowymi koszulkami teamowiczów, czarnymi katorżników, ale nie zabrakło również afrykańskich, „zuluskich” akcentów.

Punktualnie o godzinie 13 –tej na pięknych, siwych koniach na plażę wjechała Młoda Para. I tu od razu pierwsza przeszkoda – żywa „bramka” złożona z katorżników pod wodzą górnika w stroju galowym – prowadzącego całą imprezę pana Zenka, którzy podarowali nowożeńcom torbę cukru na osłodzenie nowej drogi życia. Nie wiem, jakimi obietnicami młodym i świadkom udało wykupić się?! Potem Zulus pomógł wybrance swego serca zsiąść z konia i już bez przeszkód odbyła się ślubna ceremonia.

Młodzi powiedzieli sobie zgodne TAK w obecności świadków: Gabrieli Kucharskiej – Gaby i Roberta Koraba – Treborusa, w otoczeniu rodziny, przyjaciół z MaratonyPolskie.PL TEAM i nie tylko, bo na przykład specjalnie na ślub przyjechali Iwonka Zuba – Shadoke i Jan Pinkosz – Jasiek oraz wiele innych osób, których nie miałam przyjemności poznać osobiście, więc proszę o wybaczenie, że z imienia nie wymienię.

Były łzy wzruszenia, prezenty, kwiaty, życzenia…Ja zadedykowałam nowożeńcom wiersz, który poniżej zamieszczam w całości, na prośbę wielu weselnych gości:


Los nie zawsze jest szczęśliwy i łaskawy
Czasem ludziom zsyła krzyże i cierpienia
Łamie serca, gmatwa losy, plącze drogi…
Z taką parą mamy dziś tu do czynienia.
Jedno w biegu prostowało swoje dróżki,
Drugie chciało pognać w świat
Co koń wyskoczy.
Aż pewnego dnia ich drogi się spotkały,
Dłoń pomocną sobie dali,
Głęboko spojrzeli w oczy.
Serca nowym zapłonęły ogniem,
Zapragnęli wspólnych dni
I wspólnych nocy.
Nie spaliło ich miłości greckie słońce,
Nie zatopi jej też katorżnicze błoto
I od dzisiaj pójdą ramię przy ramieniu
Wspólną drogą…
Biegiem, konno, autem, na piechotę
Niech ta droga będzie prosta, bez kolein
I niech zawsze Was prowadzi prosto w słońce,
Niech nie wiedzie przez ostępy i wykroty.
Podążajcie nią już wspólnie aż do końca.
Ramię w ramię, ręka w rękę, z sercem serce…
Idźcie, osiągając wspólne cele.
Niech Was zawsze, w każdej chwili,
Tak jak dzisiaj, otaczają bliscy
I sprawdzeni przyjaciele.

Po ceremonii Młoda Para została „porwana” przez załogę pontonowej łodzi desantowej w podróż poślubną po jeziorze Posmyk. A później podobnej przyjemności mogli posmakować weselni goście.


O godzinie 15-tej dla nowożeńców i wszystkich chętnych na scenie zatańczyła koleżanka z Temu, biegaczka, tancerka, chearliderka Dalia Delewska. Dziękujemy! Zaś wieczorem weselnicy bawili się na plaży, przy ognisku, a do śpiewu na gitarach przygrywali Gaba i Radek Ertel. Gabie jesteśmy również wdzięczni za ucztę dla podniebienia w postaci pysznego weselnego tortu!
A w niedzielę…

Od godziny 11 –tej po kolei w błotku się taplali:
Nikoleta – córka Zulusa – za rączkę z Jaśkiem – synkiem starszej druhny Gaby i Łukasz – siostrzeniec Panny Młodej. O trzynastej „na dobre i na złe” w wodę i błoto poszła siostra Zulusa – Urszula (Ursel). O jej przeżyciach na trasie możecie przeczytać w artykule „Bohaterki V Biegu Katorżnika”.


Zaś o 15 –tej na starcie stanął sam Pan Młody. Wcześniej życzenia nowożeńcom przekazał i podarował wielkiego Misia Tedy, który już zyskał przydomek „Katorek” sam Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego – Aleksander Szczygło, za co Młoda Para pragnie tą drogą Panu ministrowi gorąco podziękować. Zulusowi podczas pokonywania jeziora towarzyszyła na łodzi ratunkowej świeżo poślubiona żona i córka Nikola.

Również o piętnastej w wodę i bagna wyruszyli: starszy drużba – Treborus, szwagier – Tadeusz Śliwak i Damianek Bracik. Wszyscy – mali i dorośli – szczęśliwie do mety dobrnęli, powiększając tym samym, zacną KATORŻNICZĄ RODZINĘ!

Takiego ślubu i takiego Biegu nie zapomnimy do końca życia!

……i ja tam byłam, weselny tort jadłam i piwko piłam, a co przeżyłam i widziałam Wam tu opisałam.

W imieniu Państwa Młodych ZULUSA I KLAUDYNKI oraz całej rodziny serdecznie dziękuję:


Organizatorom Biegu Katorżnika WKB META Lubliniec,
Załodze Maratonów Polskich Team na czele z Panem Michałem Walczewskim, Dyrektorowi Jerzemu Budniakowi i pracownikom Hotelu „Silesiana”, szczególnie Pani Weronice Gabor, Pani Kierownik USC w Lublińcu – Barbarze Kozielskiej, Świadkom – Treborusowi i Gabie z rodziną, Właścicielowi stadniny panu Andrzejowi Skorupie za wypożyczenie koni, Dziewczynom, za ich przygotowanie, Załodze pontonowej łodzi desantowej, Ratownikom, a szczególnie Panu, który zorganizował asystę Panny Młodej na trasie, Panu Zenkowi z załogą…

Wszystkim, którzy zechcieli przybyć, aby towarzyszyć Młodym w tak ważnej chwili życia. Wszystkim, których być może przez przypadek lub niedopatrzenie pominęłam…

Bez Was wszystkich, waszej życzliwości, cierpliwości, zaangażowania, bezinteresownej, wszechstronnej pomocy nie byłoby tej pięknej, wzruszającej uroczystości.